Aconcagua znaczy „Kamienny Strażnik”

– Jak jest po angielsku “cumbre”? – usłyszałam jak pyta się kolegów pracownik Guardaparque kiedy przyszliśmy się wymeldować z Base Campu pod Aconcagua
– ¨Summit¨- padła odpowiedz z głębi pomieszczenia, do którego wstęp mają wyłącznie strażnicy parku
– Czy byłaś na szczycie? – zapytał po angielsku strażnik
– Nie
– Nie? – nieprzyjemnie zdziwił się strażnik – A twój przyjaciel? – zapytał z nadzieją
– Także nie – przyznałam zrezygnowana

Tak właśnie kończyła się nasza niemal trzytygodniowa przygoda z najwyższą górą Ameryki Południowej, jak również najwyższą górą świata poza Azją. Trzytygodniowa – nie licząc wielu miesięcy myślenia, planowania i wyobrażania sobie jak to stawiamy stopy na szczycie. I nie mówiąc o kosztach poniesionych ze zdobyciem zezwolenia, wynajęcia mułów i brakującego nam sprzętu. W obliczu faktu, że większość poznanych tu osób “zaszczytowała”, dręczyło nas pytanie ¨Dlaczego?¨. Pozornie odpowiedź nie była trudna – nasz sprzęt okazał się niewystarczający na warunki panujące na 6 tys. + – ale czy tylko sprzęt należałoby winić? Dla obojga z nas zdobywanie niemal 7-tysięcznika okazało się trudnym doświadczeniem. Choroba wysokościowa, noszenie ciężkich depozytów między obozami, trudne warunki i mozolność całego procesu – to wszystko osłabiło moją (naszą) żądzę zdobycia góry. Prawdę mówiąc były momenty, że jej szczerze nienawidziłam. Najczęściej były to bezsenne noce (wysokość) wlokące sie w nieskończoność w rytm płytkich oddechów. W tych momentach nie mieściło mi się w głowie dlaczego Ci wszyscy ludzie przyjeżdżają tu, żeby z takim wysiłkiem i za tak wielkie pieniądze wychodzić na wierzchołek góry.

Docierała też do mnie wielka hipokryzja tego miejsca. Jak powszechnie wiadomo, pomimo swojej wysokości Aconcagua jest technicznie łatwą górą. Do najwyższego obozu (niemal 6 tys. m n.p.m.), czyli tam gdzie my doszliśmy najwyżej, docierają nawet karawany mułów! Przez to każdy może sobie uprzyjemnić i ułatwić wspinaczkę poprzez skorzystanie z bogatej infrastruktury “zdobywczej” dostępnej na miejscu oczywiście za “drobną” opłatą. A więc nie musisz nosić swojego namiotu i ciężkiego bagażu z obozu do obozu – możesz wynająć porterow – czyli zawodowych noszaczy. Porter zaniesie plecak, rozstawi namiot, a i posiłek przygotować może. W base campie dostępne są także inne “luksusy”, a więc poczynając od ciepłego prysznica, internet po restauracje, sklepy i… galerie sztuki. Z tej ostatniej instytucji można korzystać za darmo, jak i pokazać się w kamerce internetowej, ale pozostałe kasują twardą walutę (dolary). Obecność całego tego cyrku powoduje powstanie podziałów. Trochę jak wakacje all-inclusive obok do-it-yourself. Rozbawiło nas spotkanie Francuza Pascala, który w jednym z obozów nocował w namiocie po sąsiedzku. Od rana do wieczora słychać było “jego” portera zapytującego na przykład:
– Pascalu, kawa już jest gotowa. Chcesz sandwicza z salami, czy z serem?

Nietrudno się domyślić, ze sandwicz z serem oraz kawa brzmiały na 5500 m n.p.m. jak przepiórki na grzankach w innych okolicznościach. My w tym czasie rozważaliśmy, czy odgrzać herbatę z wczoraj i zagryźć ją ciasteczkami (czyli to, co od tygodnia jedliśmy na śniadanie). Pascal stał się dla nas symbolem zdobywania Aconcagua w najwyższych luksusach. Dość powiedzieć, że po śniadaniu z sandwiczem Pascal wybrał się w dalszą drogę, a jego bagaż pomaszerował na dodatkowych 3 parach nóg. Oczywiście nie brak pod Aconcagua “normalnych” wspinaczy, którzy sile własnych mięśni i charakterów zawdzięczają dojście do szczytu. Jednak dla nas pytanie czy idziemy dzisiaj na pizzę, czy lomo (kanapkę z kawałkiem grillowanego mięsa) kłóciło sie z naszym obrazem purystycznego zdobywcy gór wysokich.

Co do nas, pech nękał nas od początku przedsięwzięcia. Choć mieliśmy wyśmienite warunki pogodowe, a pech przezwyciężać pomagało nam mnóstwo poznanych dzięki Aconcagua osób. Pierwszy problem – namiot, z którym podróżowaliśmy od początku. Zepsuł się zamek wejściowy, element którego nie byliśmy w stanie sami naprawić. Decyzja – zakup nowego namiotu w Polsce, tylko jak go przesłać? (przesyłka kurierem to koszt podobny do wartości samego namiotu). Rozwiązanie – po wymianie maili z kilkoma agencjami wysokogórskimi z Polski, jedna – Homohibernatus zgodziła się zabrać dla nas dość ciężką przesyłkę. Udało się! Drugi problem pojawił się już po wejściu na teren parku – kuchenka nie działała na paliwie, które zabraliśmy (benzyna ze stacji). Rozwiązanie – po rozpuszczeniu informacji o naszym problemie wśród będących na miejscu Polaków zaowocowało w zdobyciu kilku litrów benzyny ekstrakcyjnej, palnika gazowego oraz kilku kartuszy gazowych. Nagle byliśmy najlepiej zaopatrzonym w paliwo zespołem w bazie. Wydawałoby się, że nareszcie jesteśmy gotowi do ataku. I w tym momencie zepsuł się zamek w bucie Mateusza. Zupełnie niespodziewana sytuacja, ponieważ buty były niemal nowe, a do tego wysokiej klasy (LaSportiva Batura). Pozostało klejenie buta taśmą Grip Tape (którą również otrzymaliśmy w prezencie od Polaków). Jednak but klejony nie chronił przed zimnem jak zapięty, a nasz potencjalny atak miał się odbyć w odczuwalnej -30 stopni. Zepsuty but był na pewno jednym z czynników wycofania sie spod szczytu, podobnie jak moje marznące w puchowych łapawicach dłonie.

Pobyt pod Aconcagua dużo nas nauczył, pozwolił nawiązać cenne znajomości. Jednak pozostawił duży żal niespełnionego do końca marzenia. Góra poczeka, tak kwitowała nasze przygnębienie większość osób.

Chcielibyśmy serdecznie podziękować:

  • Markom za zamianę swojego domu w centrum logistyczne
  • Panu Piotrowi Kaizikowi z Mountain Hardwear Polska za pomoc w organizacji nowego namiotu
  • Zbyszkowi Bąkowi z agencji wyprawowej Homohibernatus za dostarczenie nam ciężkiego ekwipunku z Polski ( w tym nowych opon :-) )
  • Marcinowi Helakowi za mini-paczkę z Polski
  • Ryśkowi Pawłowskiemu za white gas
  • Grupie Maćka Berbeki za pomoc i towarzystwo

A teraz czas na informacje praktyczne:

Termin
Najlepsze miesiące do wchodzenia na szczyt to Styczeń i Luty. W Lutym ponoć pogoda jest stabilniejsza i tańsze jest pozwolenie.

Pozwolenia
Wejście na Aconcaguę niestety jest „biletowane”, a na domiar złego całkiem drogo. Cena zależy od terminu w jakim chcemy zdobywać szczyt i co roku jest zmienna. Aktualne ceny znajdują się na stronie internetowej: http://www.aconcagua.mendoza.gov.ar/ Permit należy wykupić osobiście na II piętrze w budynku głównej informacji turystycznej w Mendozie przy ulicy San Martin. Dokumenty potrzebne do wykupienia pozwolenia to: paszport i potwierdzenie wpłaty. Płaci się wyłącznie gotówką w punkcie wskazanym w biurze permitów (punkt ten znajduje się uliczkę obok). Pozwolenia nie można zwrócić, ani sprzedać komuś innemu. Ważne jest 20 dni od daty wejścia do parku. Obejmuje ewentualne koszty akcji ratunkowej śmigłowcem (w uzasadnionych przypadkach)

Muły
Muły można wynająć u kilku operatorów, min. Grajales, Aconcagua Trek, Lanko, Aymara i Inka. My korzystaliśmy z usług Aconcagua Trek płacąc za 60kg (1 muł) ok. 170 dolarów. W cenie jest: transport bagażu do Plaza de Mulas (z możliwością stopu w Confluencji), toalety w Confluencji i w bazie, zabranie śmieci z bazy na dół oraz pole campingowe w Los Puqios, gdzie mieści się baza firmy (1 km od Puente del Inca. Biuro w Mendozie znajduje się przy ulicy Las Herras.

Żywność
Z Polski warto zabrać liofilizaty, gdyż te SA dostępne w Argentynie, ale po pierwsze jest to głównie mesli, a po drugie kosztuje horrendalne pieniądze. Pozostałe zakupy można zrobić w hipermarketach. Większość wypraw zaopatruje się Carrefourze przy Las Herras. Przy tej samej ulicy znajduje się targ na którym można kupić bakalie na wagę, słodycze, sery i salami.

Ekwipunek

  • Aconcagua to góra, która potrafi być bardzo mroźna i wietrzna, w związku z tym niezbędna częścią ekwipunku są:
  • Kurtka puchowa – swetry puchowe i syntetyczne okazały się dla nas niewystarczające
  • Ciepły śpiwór (chętnie z membraną) z temperaturą komfortową (a nie ekstremalną) -30 st.
  • Jeśli masz problem z rozgrzaniem stóp – polecamy botki puchowe do spania
  • Jeśli posiadasz to zabierz ze sobą filtr do wody (tabletki zabijają bakterie, ale nadal pozostaje kwestia zanieczyszczenia wody i jej smaku
  • Buty, które powinieneś mieć to skorupy, lub podwójne ciepłe buty syntetyczne – najlepiej bez zamka (niezależnie od renomy producenta) z wystarczającym luzem na 2 pary skarpet
  • Łapawice – puchowe, grube, najlepiej z klejonymi szwami (nie przewiewają w newralgicznych miejscach) + wkład z polartecu
  • Namiot – używaliśmy 1 namiotu – Mountain Hardwear Trango, który ze względu na swoją konstrukcję okazał się strzałem w dziesiątkę – jest sztormoodporny. Używanie jednego namiotu oznacza jednak konieczność wynoszenia (i znoszenia) go do poszczególnych obozów. Myślę, że warto rozważyć opcje 2 namiotów – bazowy Duzy i wygodny + szturmowy – lekki (ale z bardzo dobrą możliwością przymocowania do podłoża za pomocą odciągów)
  • Ważna uwaga nt. kuchenek – gaz z tradycyjnym zakręcanym gwintem można bez problemu zakupić w sklepach górskich w Mendozie. Od kilku lat korzystamy z benzynowej kuchenki MSR zalewając ją tym co juda nam się dostać na stacji benzynowej. Wielkie było nasze rozczarowanie gdy okazało się, iż benzyna ze stacji fatalnie pali się na wysokości 4 tys. m. Na szczęście kilka osób pomogło nam w organizacji benzyny „White Gas” (bencina blanca) oraz palnika z kartuszami. Polecamy zatem white gas – do kupienia w sklepach górskich w Mendozie

Wypożyczalnie sprzętu
Sprzęt można wypożyczyć w kilku miejscach, między innymi w Mountain Hardwear i The North Face (ulica Espejo), Pire (ul. Las Herras) i Chamonix. W wypożyczalniach dostępne jest wszystko (ciuchy, buty, sprzęt kempingowy i wspinaczkowy) jednak różnej jakości. Wypożyczając sprzęt nie gódź się na żadne kompromisy. Zdecydowaliśmy się na Mountain Hardwear z kilku powodów – życzliwą i wyrozumiałą obsługę, sprzęt przyzwoitej jakości oraz poręczenie w postaci kopii paszportu. W każdej z pozostałych wypożyczalni wymagany jest depozyt w postaci karty kredytowej (nie mamy takiej) lub astronomiczne kwoty w gotówce (odradzamy cwaniaków z Pire). Wypożyczalnia nie jest najtańsza, ale najbardziej wzbudziła nasze zaufanie, i jak się okazało słusznie, gdyż po oddaniu sprzętu nie było żadnych problemów (choć zgięliśmy trochę kij trekkingowy). Zostawiając 100 peso depozytu mogliśmy także zrobić kilkudniową rezerwację.

Dojazd do parku Aconcagua
Do Punte del Inca (skąd prowadzi droga przez dolinę Horocones) jeżdżą autobusy firmy Expresso Uspallata z dworca w Mendozie. Bilet kosztuje ok. 23 peso/os.

A teraz czas na kilka fotografii:

Rzut okiem na mapę

Przed wyjściem w góry warto odwiedzić wspinaczy na cmentarzu w Puente del Inca. To trochę zmienia perspektywę

Base Camp (baza) Plaza del Mulas

Ciężko się tu zgubić – oznakowanie jest niezłe

Można usiąść pod palmą i pokazać się światu: aconcaguanow.com

Lub zagrać mecz w siatko-nogę z Porterami. Polecane szczególnie dobrze zaaklimatyzowanym

Góry po horyzont zawsze sprawiają, że serce bije nam mocnej

Pięciotysięcznik Cuerno

Spokojny biwak w obozie pierwszym

Aconcagua widziana z bazy

Odpoczynek po wniesieniu depozytu

Zgadnijcie co dziś na kolację

Do picia klasyka – Yerba

I do spania

Dzięki Zuzita! Robisz postępy!

W obozie nr 2

Natura rzeczy martwych?

Jeśli słychać śmigła to znaczy, że lada chwila w kiblu będzie czysto

Albo coś się stało

W drogę powrotną z bazy nie wynajmowaliśmy mułów. Efekt?

30km 30kg sic!

Jeszcze tu wrócimy…

Jeśli uważasz, że warto się tym podzielić, to te guziki pomogą:
Ten wpis wrzuciliśmy do szuflady: Argentyna. Bezpośredni link.

7 komentarzy na temat “Aconcagua znaczy „Kamienny Strażnik”

  1. hej, no to lipa z tymi trzewikami. nie martwcie sie, jak ja bylem w Plaza Confluencia to spotkalem amerykanina, ktory probowal wejsc na Aconcague po raz trzeci, argentynczykowi zas nie udalo sie w poprzednim roku rowniez z powodu zmarznietych stop, a wiec „ni ma letko” jak to mowia na Slasku :) Jesli bedziecie tam wracac to ja chetnie dolacze do Was. Pozdro.

  2. Zepsuty zamek w butach za 1700zł, porażka… Tak wysoka cena powinna iść w parze z niezawodnością. Powinniście wysłać go do producenta z opisem całej historii!

  3. czołem towarzysze!!!

    dobrze, ze sa wieści, bo juz się niepokoiłam..myśle..ciekawe co Was jeszcze spotkało?!a tu masz ci babo!a takie fajne buciory!co do wszelkich „zmarzlin”- zgadzam się, my z Markiem też mielismy problemy z opanowaniem marznących palców u stóp..ogrzewacze nie działały!no nic…uszy do góry- jak to mawia Leszek Cichy- „…ważniejsze jest aby mieć cel, a nie żeby go osiągnąć..”cieszę sie, że jesteście cali!!my spotkaliśmy gościa, który wchodził 11raz:)
    a jak dalsze plany?
    pozdrawiam serdecznie

  4. Serwus!
    Może za mało barszczu piliście? Tak czy owak wiem co czujecie, bo sam tak miałem rok temu, ale w tyn się jednak udało ( z pomocą Boską i Maćkową ). Dajcie znać, gdzie wam te barszcze posłać ;-)

  5. Zdjęcia pierwsza klasa! Szczyt zawsze będzie czekał, dobrze, że wracaliście o własnych siłach, a nie tak jak niektórzy na zdjęciach podwożeni śmigłem. Podczas ostatniej przygody w Himalajach też obiecywałem sobie pierwszych 6000 i choć organizm dałby radę teren okazał się nie do przejścia. Trzeba powiedzieć sobie: „następnym razem” i jechać dalej z koksem.

  6. jezeli to co piszesz jest prawda ,to jestes (cie )WIELKIE .podziwiam Was za odwage! Ja i moj partner wybieramy sie na Aconcague i kazda informacja jest skarbem a Twoja jest bezcenna .Moze sie kiedys spotkamy na szlaku.Boje sie, ale kto nie probuje to w kozie nie siedzi .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *