Bicileta No! – Rowerami przez Kubę w Poznaj Świat

Jako, iż strona zaczęła w niepokojący sposób przybierać formę stricte fotograficzną, dziś trochę tekstu. Materiał zatytułowany „Rowerami przez Kubę” w styczniu 2010 roku opublikował Poznaj Świat.

Tekst, raczej żartobliwy – powstał w zasadzie już na Kubie – w mojej głowie. Niestety nie należę  do osób, które każdego dnia w podróży skrzętnie, drobnym druczkiem notują swoje spostrzeżenia w notesie. Ja noszę je w sobie, tak długo, aż dojrzeję do napisania tego co chcę powiedzieć. Niestety głowa czasem zawodzi, i nie pamiętam pewnych niuansów, na które w trakcie podróży zwracałem uwagę.

Ten tekst, to zbiór luźnych spostrzeżeń- trochę na wesoło, a trochę na poważnie. Takich prostych opowiastek, które można opowiedzieć na podróżniczym festiwalu, lub gdy ktoś zapyta: „A jak tam jest?”

A dziś? Dziś bym go już pewnie nie napisał. Spostrzeżenia powoli we mnie dojrzewają przybierając coraz poważniejszą formę. Bardziej refleksyjną. I choć ciężko tego uniknąć w przypadku Kuby – zabarwioną polityką.

Myślę, że niebawem znów coś napiszę. I może ze względu na polityczną treść nie weźmie tego Wyborcza ale będzie to, w sposób bardziej dojrzały uosabiać co z Kuby w sercu i głowie przywiozłem.

A zatem, proponuję włączyć płytę  trębacza Manuela Guajiro Mirabala i zachęcam do czytania!

Bicicleta No!

– Bicicleta Si!

– Bicicleta No!

– Si!

– No!

– Jak to No? Kobieto, przecież mamy bilety, o tutaj! Popatrz!

– No i co z tego? Rowerów nie zabieramy. Telewizorów też nie!

– No ale…?!

– Bicicleta Nooooooooooooo!

Zabranie roweru koleją na Kubie jest tak samo możliwe jak weekendowa wycieczka na Księżyc. Na wyspie istnieje zakaz choćby wprowadzania rowerów na teren dworców a Gringos myśleli, że przewiozą je na drugi koniec wyspy.  Sprawiedliwości jednak stało się zadość. Pesos odzyskaliśmy bo pociąg spóźnił się… 12 godzin.

         W Bayamo – stolicy prowincji o tej samej nazwie poczciwa obywatelka nakazała nam zabranie rowerów z parku.

– Dlaczego?

– Bo tak! Nie wolno i już!

Zignorowanie tego polecenia skończyło się jakże krótkim i znanym nam dialogiem z przedstawicielem władzy.

– Dlaczego?

– Bo tak. Zabierać rowery! Ich miejsssce jest na jezdni! Nie w parku! No juuuż! – syknął policjant. A z władzą nie ma dyskusji.

Opowiastka o pawiach

Przyjaźń pomiędzy Kubą a ZSRR zaowocowała budową prowadzącej niemal przez całą wyspę autostrady. Wprawdzie droga ta nigdy nie została ukończona, zapewne w związku z ukończeniem przyjaźni, to jednak stanowi ważną arterią łączącą oba krańce wyspy.

Rowerzyście podróżuje się nią całkiem przyjemnie, musi jednak uważać na samochody jadące pod prąd (często pasy prawy i lewy nie są od siebie oddzielone), powozy krowie i konne oraz kubańskie riksze rowerowe.

Niewielki ruch drogowy prócz autobusów stanowią ciężarówki wiozące ludzi na krótkich dystansach i stare amerykańskie krążowniki szos, z posiadania których kubańscy Machos są dumni jak pawie, a które to pamiętają jeszcze czasy przedrewolucyjne. Cała Hawana usiana jest Pontiackami, Buickami, oraz Fordami, w których z ochoczym zacięciem dłubią pawie, pardon Machos.

Polską myśl motoryzacyjną reprezentują poczciwe Fiaty 126p a rosyjską dziesiątki Lad.

Opowiastka palce lizać!

– Poproszę to, to i to!

– Nie ma!

– To co jest?

– Pizza i spaghetti!

– Poproszę!

Dialogi w jadłodajniach wyglądają podobnie. Nie warto dumać nad kartą i rozbudzać wyobraźni swojego żołądka. Lepiej od razu pytać co jest i zamawiać póki jest. To nic że zazwyczaj dostaniemy rozgotowany makaron nazwany nieco na wyrost spaghetti czy placek oblany sosem pomidorowym, z serem o specyficznym mocnym smaku. Przy czym określenie mocny jest wynikiem usilnego szukania synonimu słów, których publikować nie wypada.

Kubańczycy jedzą to co aktualnie jest dostępne. Prócz wspomnianych dań z importu (a przynajmniej z importowaną nazwą) są to zazwyczaj bułki z parówką, jajka w formie omletu oraz danie narodowe – „Congris”, czyli ryż z czarną fasolą.

Kubańska kuchnia nie dostarcza wyrafinowanych wrażeń, ale w błędzie są Ci, którzy uważają, że panuje tu głód i niedostatek. Pomijając zupełnie fantastyczne owoce sezonowe takie jak papaja, mango, avocado i ananas, tubylcy nie mają także problemów z dostępnością mięsa czy ryb i innych owoców morza. Z jakiegoś jednak powodu dużym minusem kubańskiego menu jest  szybko czerstwiejące pieczywo, które sprzedawane jest wyłącznie w formie białych lub żółtych bułek. Zresztą, może to akurat Kubańczykom odpowiada? Nasi gospodarze z wielkim uporem podawali nam pieczywo stostowane tak, że było twarde jak kamień.

Niezależnie od pory dnia i temperatury, zarówno na zewnątrz jak i wewnątrz butelki z trunkiem wszystko zapijane jest rumem. W wiejskich sklepikach prym wiodą puszkowane napoje o wściekle słodkim smaku.

Opowiastka o ostatnich. Choć nie ostatnia

– Ultimo?

– Jo!

Zaczyna się niewinnie. Pytamy kto ostatni i zajmujemy miejsce w kolejce.  Po czym pani w zielonym  przed nami postanawia się upewnić czy pani w czerwonym przed nią na pewno stoi przed nią, i czy czasem nie wpuściła do kolejki kogoś jeszcze. Bo jeśli by wpuściła, to…, to nie ma mocnych, spór jak nic, gestykulacje, krzyki, złowrogie spojrzenia i dziesiątki innych ostentacyjnych gestów.

A musimy pamiętać o tym, że droga do każdych drzwi na Kubie prowadzi przez kolejkę. Czy to bank, knajpa, poczta, czy sklep swoje musimy wystać. I lepiej wyjąć wówczas z bagażu zabraną ze sobą dawkę cierpliwości. Bez niej, nie ma mowy o załatwieniu czegokolwiek na wyspie, no chyba że mamy odpowiednią ilość pesos, najlepiej tych „dolarowych pesos”…

Opowiastka o  równości

Na wyspie panuje wszechobecna równość, za którą niejeden „Che” przelał krew nie tylko swoją ale i innych. Równość jednak to względne pojęcie, bowiem wśród równych możemy jeszcze wyróżnić równiejszych.

Rząd długo opierał się przed naporem turystyki masowej która bezcenne bogactwa Kuby zbezcześci do cna nie pozostawiając nic w zamian. Jednak nawet najbardziej oporny z opornych nie pozostanie obojętny wobec wyciągniętej zachodniej dłoni pełnej zieloniutkich banknotów. Banknoty te należało jedynie przemianować na „peso convertible” i uzbroić w wizerunki lokalnych bohaterów. Co też na Kubie uczyniono tworząc dwie waluty: lokalną (moneda nacional), dla mieszkańców, i turystyczną (peso convertible) dla przybyszów, która wyparła z obiegu dolara amerykańskiego. Stosunek peso lokalnego do turystycznego wynosi około 1:24.

Podróżując rowerem masz styczność z ludnością w miejscach, których nie mają w swoim planie zwiedzania inni podróżnicy.  A nawet jeśli by mieli to je szybko zweryfikują, bo ze względu na tajfun droga którą mogli by tam trafić jest już tylko mrzonką. Bardzo często korzystaliśmy, więc z lokalnej waluty płacąc głównie za żywność, i wodę.

Wielu co bardziej przedsiębiorczych kubańczyków próbuje wmówić obcokrajowcom, że obowiązują ich ceny w stosunku 1:1. Należy się wtedy ostentacyjnie popukać w czoło, wyraz twarzy uformować w „chyba żartujesz amigo” i odejść. Jeśli natomiast ceny te uwarunkowane są przez jakąkolwiek instytucję – na przykład cmentarz w Hawanie, nie ma zlituj się. Trzeba płacić.

Opowiastka o maj-friendach i łer-du-ju-fromach

– Heloł maj friend, łer du ju from?

– From Polonia

– Fajn. Ju plej basketball maj dir friend?

– No!

– Du ju nid cigars maj friend?

– No!

– Aj noł gud casa! (miejsca noclegowe wynajmowane przez Kubańczyków w ich prywatnych domach)

– No, thanks!

– mejbi ju ken giw mi łon dolar maj dir friend?

– Noooooo!

– Noł problem maj dir friend

… a po kilku takich dialogach:

– Heloł maj friend, łer du ju from?

– That’s not your business!

– Noł problem maj dir friend

Sposobów na przywołanie obcokrajowca na Kubie jest wiele. Poczynając od cmokania na posykiwaniu kończąc. Jednak zdecydowanie najpopularniejszy jest okrzyk „Majfriend!” Od ciągłego powtarzania utworzyła się z tego całkiem nowa zbitka dźwiękowa, wyjątkowo odległa od oryginału zarówno w wymowie jak i w znaczeniu.

Słysząc kubańskie „my friend” turysta wzmaża pieczę nad swoim portfelem. Nie ważne czy chodzi o polecenie hotelu, restauracji, zaoferowanie przejażdżki samochodem lub dorożką lub siebie w roli przewodnika, wiadomo że ten zwrot skończy się oczekiwaniem jakiejś formy zapłaty lub zapomogi.

Opowiastka muzyczna

– Juan de Marcos? Wyjechał do Meksyku. Już od dawna nie mieszka w Hawanie.

– Omara? Guajiro? Koncertują w Europie.

– Cachaito? Umarł cztery miesiące temu.

– Ibrahima znajdziecie w szóstej alejce Cementerio de Santa Ifigenia.

– Możemy zobaczyć studio?

– No possibile, trwa sesja nagraniowa.

– A kiedy będziemy mogli?

– Nie wiem.

Śladami Buena Vista Social Club. Z tą myślą ruszaliśmy na Kubę. Ibrahima Ferrera odnaleźliśmy na cmentarzu w Hawanie. W tym samym miejscu spoczywa pianista Ruben Gonzalez, jego nagrobka jednak nie udało nam się odszukać. Basista Orlando „Cachaito” Lopez zmarł w lutym bieżącego roku. Compay Segundo pochowany jest w Santiago de Cuba. A reszta? Reszta muzyków koncertuje w Europie. Omara Portuondo w grudniu ubiegłego roku zagrała we Wrocławiu.

Próbowaliśmy wejść do studia nagraniowego Egrem. To tu powstała większość nagrań z muzyką kubańską. Niestety, ze względu na trwającą sesję nagraniową było to niemożliwe. Nie pomogła legitymacja dziennikarska. Nie pomogły nam rekomendacje wytwórni Word Circuit z Londynu (właściciel praw do nagrań sygnowanych logo „Buena Vista Social Club ®”)

Tekst napisany przeze mnie, choć w dwóch fragmentach delikatnie skorygowany przez Agę.

Komentarze jak zwykle – mile widziane.

Jeśli uważasz, że warto się tym podzielić, to te guziki pomogą:
Ten wpis wrzuciliśmy do szuflady: Kuba. Bezpośredni link.

Jeden komentarz na temat “Bicileta No! – Rowerami przez Kubę w Poznaj Świat

  1. Fajny wpis, Kuba to ciekawy kierunek, ciekaw jestem ile tam jeszcze tej zakonserwowanej idei równości :) Dlatego z uwagą czekam na kolejne wpisy na ten temat

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *