Gringo wśród dzikich plemion

Nie. Nie odkryliśmy ostatnich dziko żyjących Indian. Ci zostali już odkryci przez WC kowboja. Po prostu wjechaliśmy do Peru. Po raz pierwszy poleciały za nami kamienie, po raz pierwszy ktoś obrzucił nas wyzwiskami i polecił wracać do domu. Po raz pierwszy też mieliśmy to ochotę zrobić. Nie ma co –  życzliwe przywitanie. Cywilizowani Peruwiańczycy dali nam się poznać jako dzicy, pierwotni niemal ludzie. Szczęśliwie nie wszyscy. Ochłonęliśmy, i obecnie takie sytuacje nie robią już na nas wrażenia. Choć nóż nadal potrafi się otworzyć w kieszeni gdy ktoś wrzeszczy na nas wniebogłosy „Grrrringoooooo!” Począwszy od świętego jeziora Titicaca, przez słynne Machu Picchu i górski region Apurimac dotarliśmy do stolicy nad Pacyfikiem.

Jezioro Titicaca. Ludzie gadają, że tu powstało słońce. W tle magiczna Kordyliera Królewska w Boliwii

Jezioro słynie między innymi z pływających wysp Indian Uros. Ale spokojna głowa – nie udało im się uciec przed globalizacją, a nam przed obowiązkowym programem dla gringos (nie wyłączając pożegnalnego „Hasta la vista, baby” wykonanego przez wielopokoleniową rodzinę)

Droga do Machu Picchu była długa i obfitująca w nocne atrakcje. Tutaj po raz drugi w tej podróży skasowaliśmy widelec w rowerze Mateusza.

Machu Picchu bardziej obecnie  przypomina ładnie utrzymany trawnik z równiutko ułożonymi kamieniami niż tajemnicze miasto z pierwszych zdjęć Binghama.

A to „romantyczny” wieczór przy świecach na przełęczy 4400 m n. p. m.

To bardzo popularny w regionie Apurimac sposób ozdobienia dachu. Nie bardzo wiemy, czy ma służyć jako piorunochron, czy po prostu przynosić szczęście

W związku z dużym procentem analfabetów w trakcie wyborów zakreśla się piktogram partii. Fantazja polityczna nie zna granic: piłki, lamy, łopaty, byki, kondora, kukurydze etc…

O regionie Apurimac w Lonely Planet napisali jakoś tak: „W związku z rozmyciem części dróg autorom nie udało się dotrzeć do opisanych tutaj miejsc. Informacji szukaliśmy za pomocą Internetu lub telefonów…”

Mieliśmy zatem cel: dotrzeć tam gdzie autorom się nie udało. Gdyby ktoś jeszcze nie załapał to chcemy dodać, że my na rowerach jedziemy… mniej lub bardziej skutecznie

Nasz ulubiony znak na „drogach, których nie ma” – Nie zostawiać kamieni na drodze!

Jeśli uważasz, że warto się tym podzielić, to te guziki pomogą:
Ten wpis wrzuciliśmy do szuflady: Peru. Bezpośredni link.

3 komentarzy na temat “Gringo wśród dzikich plemion

  1. Znowu widelec ?
    Jak ty to robisz :)
    BTW. właśnie przez te wasze widelce i rozmowę z Remigiuszem odpuściłem sobie zakup Surley’a :)

    Powodzenia!!!!
    R+A

  2. Tytuł jak z powieści podróżniczej Wojciech Cejrowskiego. A fotografie bardzo ładnie dopasowane do opowieści. Bardzo przyjemnie się czyta :-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *