Marzenia napędzają, dodają sensu życiu – rozmowa

Wywiad z redaktorką portalu Peron4 Jagodą Pietrzak opublikowany 28 października 2014 roku.

– Prowadził Cię los?

– Zaczynasz od trudnych pytań. Prowadziły mnie GPSy. Miałem dwa: Garmina, który wskazywał mi studnie i pokazywał gdzie jestem, i Ewangelię świętego Łukasza (w małej lekkiej wersji) odpowiedzialną za prowadzenie mnie przez najtrudniejsze momenty i miejsca. Oba działały świetnie, ale tego drugiego nie trzeba ładować i nie wiesza się nigdy.

– Gdy już miałeś kierunek, co dawało siły?

– Agnieszka z Frankiem (żona i dziecko). Myśl o nich. Smsy na telefon satelitarny od nich. Gdy wiedziałem, że z Frankiem jest coś nie tak (miał niecałe dwa miesiące, gdy ruszałem na Canning Stock Route) moja psychika zaczynała szwankować. Każda wydma wydawała się wyższa i bardziej stroma. W ciągu ostatnich dwóch dni przejechałem ponad dwieście dwadzieścia kilometrów, tylko dlatego, że Aga wysłała mi na mail zdjęcia z synem. To olbrzymia ilość w tych warunkach. Niestety w Wilunie nie działał internet.

– Wyjechałeś momencie, gdy Aga musiała zostać z Frankiem w domu. Dlaczego zdecydowałeś się zrobić to akurat wtedy?

– Już w ubiegłym roku, przy tej samej studni przy, której zatrzymał nas deszcz pomyśleliśmy o powrocie na Canning Stock Route. Mój rower został w Australii. Ale będąc w Polsce założyliśmy rodzinę – taki mieliśmy plan ruszając w naszą dwuletnią podróż. Decyzja o wyjeździe do Australii, jak się pewnie domyślasz, nie była łatwa. Podjąłem ją trochę egoistycznie – kupiłem bilet i rozpocząłem przygotowania. Myślałem o tym wówczas następująco: przecież Franek nawet nie zauważy mojej nieobecności. Nie będzie tego nigdy pamiętał. I tak pewnie będzie. Ale to ja decydując się na wyjazd traciłem te nasze wspólne chwile, niepowtarzalne. Gdy wyruszałem na szlak Franek był głównie płaczącym tobołkiem. W ciągu tych kilkudziesięciu dni mojej nieobecności wiele się zmieniło: zaczął się uśmiechać, chętnie wchodzi w interakcje, jest bardzo pogodny i radosny. Pomyśl tylko – rodzi ci się pierwsze dziecko. Bierzesz je na dłonie – takie malutkie, bezbronne. Wszystkie decyzje stają się trudniejsze. A ja podejmowałem decyzję, gdy Franek był jeszcze w brzuchu mamy. Wszyscy zapłaciliśmy cenę za moją nieobecność.

– To cena za spełnienie marzeń? Za domykanie otwartej historii?

– Tak, to cena za spełnienie marzeń. A w zasadzie część składowa ceny, którą trzeba wybulić. Choć pewnie ta najbardziej wartościowa.

– Poznaliście się z Agą na kursie przewodników górskich. Razem wydaliście książkę, przejechaliście Kubę, Amerykę Południową i zmierzyliście się z CSR w Australii. Działaliście jako zespół. Twój samotny powrót musieliście przegadać czy to było milcząca zgoda na spełnienie Waszego wspólnego marzenia?

– Rozmawialiśmy o tym bardzo dużo. Ale to były trudne rozmowy, więc z biegiem czasu było ich coraz mniej. Tematem numer jeden były narodziny dziecka. Wbrew pozorom na przygotowania miałem niewiele czasu, choć Aga pozwalała mi naprawdę na wiele w tej kwestii.

– Rozmawiamy o tym, że spełnienie tego marzenia dużo Cię kosztowało. A kiedy przyszły pozytywne emocje?

– Tam, w buszu, człowiek pozbawiony jakichkolwiek cywilizacyjnych bodźców funkcjonuje trochę inaczej. Cieszy się z tego, że znalazł ocieniony krzak, pod którym może odpocząć. Bardzo cieszyła mnie woda, każdy jej łyk – nawet gdy była bardzo ciepła. W ciągu kilku godzin potrafiłem płakać ze smutku i ze szczęścia. Ta wyprawa była przesycona skrajnymi i niezwykle intensywnymi emocjami. Pięknymi.

– A radość, że się udało? Dopadła Cię w Wilunie czy dopiero w Polsce?

– Myślę, że dopiero mnie dopadnie. Mam takie zdjęcie przy tablicy ostrzegającej przed trudnościami CSR, jakieś trzydzieści kilometrów przed Wiluną. Stoję na rowerze i uśmiecham się od ucha do ucha. Ale to co poczułem docierając do tego miejsca, to głównie ulga. Że to już koniec. CSR jest ekstremalnie trudny dla rowerzysty. Obiecałem sobie, że każdemu kto pomyśli o ruszeniu tam rowerem będę próbował to wyperswadować. A ta tablica oznaczała koniec tych trudności. KONIEC. Nie będę musiał już wracać w busz.

Ale wiesz jak to jest. Mija czas. Człowiek tęskni. Myślę, że gdyby Kazik Nowak miał fatbikea pojechał by do Australii :)

– Tęsknisz do Franka w buszu i do buszu, gdy jesteś z Frankiem.

– Taki paradoks. Kiedyś pokażę Frankowi busz. Ruszymy na Walkabout.

– Co powiesz Frankowi o marzeniach?

– Mam nadzieję, że niewiele będę musiał mówić. Że Franek od początku będzie miał szansę na spełnianie swoich marzeń. Oby tylko nie przyprawił rodziców o niepotrzebne kołatanie serca, tak jak my swoich :) Marzenia napędzają, dodają smaku, a może nawet sensu życiu. Nie wyobrażam sobie życia pozbawionego marzeń. Poza tym marzenia nie zawsze muszą się spełnić, czasem wystarczy, że są. I tyle.

– Zapytałam czy prowadził Cię los nieprzypadkowo. Na blogu piszecie o spotkaniu z Chopinem oraz o tym, że książka o podróży jego i Kingi (o tytule Prowadził ich los – przyp. redakcja) była była dla Ciebie jednym z ziaren inspiracji do podróżowania. Jakie były inne?

– Największą inspiracją był dla mnie sam Świat. Inspirowały mnie książki Arkadego Fiedlera. Uwielbiałem oglądać dobre fotografie – po prostu siedzieć i gapić się godzinami na jedno zdjęcie. Ale książka Kingi i Chopina była przełomowa, pokazała mi, że to wszystko może się wydarzyć naprawdę. I to było fantastyczne. Dziś przeglądając tę książkę nie czuję już tych samych uczuć. Może dlatego, że w podróży szukam czegoś innego? A może dlatego, że wiem że niemal każde marzenie może się spełnić, a główną przeszkodą mogą być jedynie pieniądze?

– I w pokonywaniu tej przeszkody jesteś, a raczej jesteście, wyjątkowo uparci. O ile wiem wyjazdy finansujecie głównie z własnych funduszy…

– Na pierwszą próbę trawersu CSR udało nam się otrzymać grant eksploracyjny w ramach Polartec Challenge – pięć tysięcy dolarów, które pozwoliły nam na zakup dwóch specjalistycznych rowerów. Każdy może się zgłosić, niebawem startuje nowa edycja.

Jednym z najczęściej zadawanych nam pytań jest to dotyczące pieniędzy. Ludzie myślą, że mamy jakiegoś samograja, który wypluwa nam gotówkę na każde zawołanie. Tymczasem prawda jest okrutna. Pracuj ciężko i żyj skromnie. A wtedy wszystko musi się udać.

Najdroższą, z punktu widzenia wartości materialnej rzeczą jest mój rower – to dużo i mało zarazem. Ale z drugiej strony mam takie marzenie – dojechać nim na biegun. I co mam zrobić? Wziąć kredyt na mieszkanie na trzydzieści lat, czy jednak wziąć na piętnaście i polecieć na Antarktydę? To jest właśnie jedno z tych marzeń, które nigdy się nie spełni, ale dobrze, że jest.

– Jakie jest Wasze podejście do pieniędzy na podróż i pieniędzy w podróży?

– Myślę, że wyprawa smakuje zdecydowanie lepiej gdy musimy na nią ciężko zapracować. Bardziej wszystko doceniamy – mamy z niej więcej satysfakcji. Myślę, że crowfunding to też forma sponsoringu. Tylko moim zdaniem zobowiązania wobec ludzi są większe niż wobec jakiejkolwiek korporacji. Dlatego dalej pracujemy na swoje marzenia.

A w podróży? Nigdy nie szczycimy się tym, że udało nam się znaleźć najtańszy hostel w mieście, choćby był najbardziej obrzydliwy. Nie dążymy do tego, żeby znaleźć najtańszą knajpę albo najlepiej zrobić wszystko „za darmo”. Kiedyś znalazłem na jednym z blogów prześmiewczy wpis o tym, że używamy ekstremalnie drogiego sprzętu, a ktoś inny zrobiłby to samo bez niego. Zapraszam zatem blogera – wejdź w moje buty!

Ludzie uwielbiają sobie zaglądać do kieszeni. A podróżować może każdy. I to w jaki sposób to robi jest jego sprawą. Nie uważam, że ktoś kto jest celebrytą i fotografuje się w bluzie pełnej naszywek jest w jakiś sposób gorszy. Nieprawdziwy. Nie,po prostu mu się udało, a wielu mu tego zazdrości. Tak myślę.

– Od lat współpracujecie też z wieloma firmami outdoorowymi. Jak wyglądają te kontakty?

– W zdecydowanej większości są to przypadki pozytywne. Myślę, że podstawą są tutaj jasno określone oczekiwania. Czasem nawet wolimy podpisać umowę, bo wtedy wszystko jest jasne – nie ma miejsca na żadne niedopowiedzenia. Oczekuje się od nas głównie ciekawych fotografii – niekoniecznie z wyeksponowanym logo. Dla nas to też wielka frajda znaleźć swoje fotografie w katalogach i czasopismach na całym świecie. Ostatnio Łukasz Supergan napisał mi, że znalazł nasze zdjęcie w kultowym wspinaczkowym magazynie z USA – Alpinist wykorzystane przez producenta namiotów. Mamy w Polsce może trzech, czterech fotografów, którzy robią takie rzeczy. To duża satysfakcja.

Nigdy nie ukrywałem, że sprzęt na wyprawie odgrywa dla mnie dużą rolę. Na Canningu czy w trakcie wspinaczki w Andach awaria równa jest poważnym kłopotom. A śmigło nie przyleci wszędzie. Zawsze opisujemy sprzęt szczerze – nie lokujemy produktów, co już nieraz doprowadziło do rozwiązania współpracy z producentem. Obecnie w ekwipunek wyposaża nas The North Face, i bardzo zależy nam aby ta współpraca była długofalowa – po prostu zmartwienie dotyczące najlepszego i lekkiego sprzętu mielibyśmy z głowy.

Coraz częściej też pracujemy bezpośrednio z producentami z zagranicy z pominięciem polskich dystrybutorów. Na naszej stronie jest cała masa logotypów, ale brak choćby jednej reklamy. Zawsze konsekwentnie odmawiamy udziału w akcjach pijarowych od piwa po biura podróży.

– Na stronie dziękujecie imiennie kilku osobom z różnych firm. Kibicowali Wam też osobiście?

– Tak, zdecydowanie. Gdy poprzednia próba trawersu CSR zakończyła się niepowodzeniem nikt nie miał do nas pretensji, przeciwnie – pocieszali nas co było wtedy bardzo ważne, bo z Australii wróciliśmy raczej w kiepskich nastrojach. Kilkoro z nich poznaliśmy osobiście na festiwalach, targach turystycznych.

– Na ile ważny podczas obydwu wypraw na CSR był sprzęt? Bez niego nie byłyby możliwe? Zdecydowałbyś się na podróż bez takiego wyposażenia jakie miałeś?

– Tak jak mówiłem: na Canning Stock Route awaria sprzętu oznacza poważne tarapaty. To jedno z najbardziej odizolowanych miejsc na świecie, droga prowadzi przez niemal dwa tysiące kilometrów i cztery pustynie. To tak jak byś wsiadła na rower w Warszawie i chciała dojechać za Rzym ze świadomością, że pośrodku drogi masz tylko niewielką aborygeńską osadę. To potrafi złamać nawet najbardziej odporną psychikę.

Byliśmy całkiem nieźle przygotowani w ubiegłym roku, niemniej za drugim razem wprowadziłem pewne zmiany. Rower dostał bardzo dobrą tylną piastę – świetnie uszczelnioną, co ma wielkie znaczenie w piasku. Poza tym przejechanie tej trasy na tradycyjnym rowerze jest niemożliwe – dowodem jest wiele nieudanych prób. Trzeba wykorzystać specjalnie skonstruowane maszyny tzw. fatbikes zaopatrzone w bardzo szerokie opony. Oczywiście taki rower radzi sobie z piachem, ale bez obciążenia. Gdy na ramie wisi ponad dwadzieścia kilogramów jedzenia i trzydzieści wody – zapada się i nie ma na to siły, trzeba pchać. A na Canningu jest ponad dziewięćset wydm sięgających nawet trzydziestu metrów wysokości. Pod około siedemdziesiąt procent z nich wpychałem rower siłą całego ciała. To był koszmar. Ponadto strategiczne znaczenie ma ilość ekwipunku i waga – miałem ze sobą absolutne minimum pozwalające mi przeżyć. Ale granica tej logistyki jest dosyć cienka – jeśli zabierzesz za mało jedzenia – nie ukończysz trasy, jeśli weźmiesz za dużo – nie dojedziesz, bo zapadniesz się w piach. Bez przyczepy Extrawheel, w której transportowałem wodę pokonanie CSR nie byłoby możliwe. Kupiłem najlepszy ekwipunek na jaki było mnie stać i to było rozsądne posunięcie. Niemniej nie obyło się bez awarii, ale szczęśliwie z prawie wszystkich udało mi się wyjść obronną ręką. Ekwipunek i różne patenty opisałem na naszej stronie internetowej.

– Powtarzasz, że CSR to nie droga dla rowerów. Dlaczego chciałeś przejechać ją rowerem, a nie autem?

– Bo ja lubię się zmęczyć czasem. Wróciłem silniejszy niż wyjechałem. Mądrzejszy i jednocześnie z jeszcze większa pokorą. Nie wiem. Nie ma jednej odpowiedzi. Autem nie, bo głośno i… nie mam prawka :)

– Masz jakieś informacje o tym, ilu rowerzystów próbowało do tej pory przejechać CSR?

– Nie mam ilu próbowało, nikt nie wie dokładnie. W tym roku ośmiu lub dziewięciu.

– A ilu z nich się udało?

– Dwóm.

– Więc będzie czym pochwalić się Frankowi! Nie czujesz satysfakcji?

– Czuję, bo wiem, że to duży wyczyn.

– Jakie jest najbliższe sercu marzenie na teraz?

– Podążać drogą, którą wybrałem. Zebrać się w sobie i napisać książkę. Być szczęśliwy na drodze, którą wybrałem.

 

 

Jeśli uważasz, że warto się tym podzielić, to te guziki pomogą:
Ten wpis wrzuciliśmy do szuflady: Polska. Bezpośredni link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *