Samotny zimowy trawers Hardangervidda 2015

Był dziesiąty grudnia gdy opuściłem wnętrze wygodnego pociągu na jedynym peronie w norweskim miasteczku Finse. Mróz szczypał bez litości, a olbrzymie masy śniegu pokrywały wszystko wokół – No! Taką zimę to ja rozumiem!

Miałem ze sobą śnieżne pulki, plecak pełen żywności i ciepłej odzieży oraz kolejną wyprawę w perspektywie najbliższych czternastu dni. To był intensywny rok: dwadzieścia jeden lotów samolotem, trzy sześciotysięczniki i kilka tych o tysiąc metrów niższych. Samotna wyprawa przez największy górski płaskowyż w Europie miała być jego zwieńczeniem. Przełamaniem pewnych granic. Amundsen, Nansen, Scott czy Shackleton? Oni tu byli. Wszyscy.

Grudzień to najtrudniejszy z miesięcy – najkrótsze dni, najniższe temperatury i najbardziej obfite opady śniegu. Idealnie!

-Czy ktoś w grudniu przeszedł Hardangerviddę? Pracownicy stacji i pobliskiego hotelu spojrzeli na siebie porozumiewawczym wzrokiem z niepokojącym uśmiechem pod nosem.

-Jeśli Ci się uda to będziesz pierwszy! (zgodnie z informacjami otrzymanymi od K. Karpia /dzięki!/ Hardę w grudniu prawdopodobnie przeszedł na nartach Polak Marcel Bąk)

-Szlag! – przemknęło mi przez myśl. Jeśli Norwegowie mówią, że ktoś czegoś dotychczas nie robił to próba dokonania tego jest albo czystym heroizmem albo czystą głupotą. A może po prostu mieszanką tego wszystkiego?

-Tylko widzisz, dziwny mamy rok. Spore opady śniegu przy jednocześnie dosyć wysokiej temperaturze.

-Wysokiej? Ciężko mi w to uwierzyć, zerkam na termometr zwieszony na ścianie jednej z hytt – sezonowych chatek wykorzystywanych przez Norwegów w trakcie wakacyjnych ucieczek z miasta. -20 stopni Celsjusza – nie mniej, nie więcej – jak drut!

-No tak, ostatnie dni były pewnym wyjątkiem. – jest zimno jak cholera a do tego bez przerwy sypie. Od tygodnia! – usłyszałem w odpowiedzi na moje zdawałoby się niesłyszalne myśli. Minę musiałem mieć niepewną.

-Posłuchaj… jak Ci na imię?

-Mateusz!

-Posłuchaj Mateusz. Tak jak mówiłem dziwny to rok. Sypie aż miło, ale jeziora i rzeki nadal nie są skute lodem. Jeśli chcesz dojść do Haukeliseter musisz poruszać się szlakiem letnim – zimowy prowadzi przez jeziora, które są obecnie bardzo niebezpieczne. Pod tą grubą warstwą śniegu znajduje się otwarta woda, jeśli śnieg załamie się pod tobą – masz problem. Letni szlak prowadzi z kolei przez miejsca, które przy tej ilości śniegu stają się niebezpieczne ze względu na lawiny. Zerknij na mapę, pokażę Ci.

Żleby, doliny i wąskie przejścia pomieszane wraz z całą masą nazw jezior i rzek, których i tak nie będę w stanie zapamiętać sprawiają, że skupiam się na kolejnym dniu. Ma być kluczowy.

– Jeśli miniesz cały i zdrów Helvetes dalej będzie już tylko lepiej.

-A więc Helvetes! Wąski żleb wypełniony zwałami śniegu. Na wszelki wypadek notuję nazwę. Pamiętaj! – mówię sam do siebie. Mijasz jutro Helvetes, a potem jeszcze tylko jakieś sto kilometrów marszu i jesteś w domu.

Spróbuję! Muszę przejść w ciągu każdego dnia minimum 12 kilometrów.

 N01

Kilometr! Tysiąc metrów i ani jednego więcej. Dokładnie tyle udało mi się przejść w ciągu 2,5 godziny mozolnego posuwania się do przodu. Sypki jak puder śnieg sprawia, że w rakietach śnieżnych zapadam się po kolana, a w najgorszych momentach nawet po pas. Olbrzymie ilości śniegu, które spadły w ciągu ostatnich dni nie pozostawiają złudzeń. To nie ma sensu. Pulki wywracają się regularnie. Do tego jedyne miejsce, w którym można przekroczyć jezioro Finsewatnet  – długi most jest zasypany śniegiem, a woda pędzi rwącym nurtem. Nie do przekroczenia bez pracy kilkorga ludzi.

N03

N05

N04

-O zgrozo – ślad zostawiany przez satelitarny nadajnik SPOT musi wyglądać komicznie. Nawet nie czuję żalu. Nie czuję złości. To zaskakujące jak bardzo dojrzałem pod tym względem. Gdy w 2013 roku wycofywaliśmy się z australijskiego szlaku Canning Stock Route ze względu na ulewne deszcze nie mogłem się pogodzić z tą decyzją przez wiele miesięcy. Tak naprawdę chyba nie potrafiłem się z nią pogodzić nigdy. A teraz? To co czuję to szczęście, że lada dzień będę z powrotem w domu z Agnieszką i dzieciakami. Zero przerośniętej ambicji. Zero. Cudowne uczucie. Oczywiście mógłbym zostać kilka dodatkowych dni w okolicy. Ustrzelić trochę zdjęć dla sponsorów. Napisać jakąś historię dla National Geographic Traveler – tekst, który w pewnym sensie jest z góry zakontraktowany. Mógłbym, ale to nie jest moja filozofia.

N06

N14

N07

Pulki, namiot, rakiety śnieżne i jedzenie – wszystko zostaje w Finse pod troskliwą opieką mieszkańców tej miejscowości. Finse już na zawsze pozostanie stolicą mojego północnego świata. Mojego prywatnego Ultima Thule, do którego będę wracał niejeden raz. Odnajduję tam wszystko czego brakuje mi na co dzień – spokój i równowagę. Wiem, że wrócę. Już w marcu. Hardangervidda czeka. A granice? „Nigdy żadnej nie widziałem, ale słyszałem, że istnieją w umysłach niektórych ludzi”*. Tak mówią. I tego się trzymam!

*Thor Heyerdahl

N08

N13

N11

N15

N10

N12

N17

N16

N18

N02

Wyprawa odbyła się (i odbędzie w marcu) dzięki zaangażowaniu wielu ludzi. Wierzę, że na podziękowania przyjdzie jeszcze czas. Korzystam z ekwipunku, odzieży i żywności następujących marek:

sponsorzy

Jeśli uważasz, że warto się tym podzielić, to te guziki pomogą:

4 komentarzy na temat “Samotny zimowy trawers Hardangervidda 2015

  1. Szacun Mateusz dla Ciebie. Właśnie przypomniałeś mi… przypomniało mi się jak w 1,5 h przeszliśmy w Biesach 500 m.
    A Ty zrobiłeś ,,kafla” ciągnąc sanki w 2,5 h :)
    Powodzenia w marcu oraz do zobaczenia na jakimś zlocie NGT

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *