Statystyki 10 – 13

STATYSTYKI NR 10

Pulacayo – La Paz 1/6/2012 – 30/6/2012

Czerwiec był miesiącem mocno wypoczynkowym. A to kilka dni w Potosi, a to tydzień w Sucre, aż w końcu zadekowaliśmy się na dobre w casa de cyclistas w La Paz.

Boliwia jest krajem ludzi bardzo zamkniętych i nieufnych. Przybysz z zewnątrz spotyka się tu najczęściej z chłodnym przyjęciem, a jak ma pecha to nawet z otwartą wrogością. Jednocześnie ze względu na swoją inność budzi ciekawość przybyszów z zewnątrz. Tragiczną komiczność relacji turysta-Boliwijczyk jak na dłoni ujrzeliśmy na bardzo popularnym/turystycznym targu w Tarabuco, nieopodal Sucre. Po jednej stronie – miejscowi sprzedawcy, po drugiej – turyści polujący na ciekawą fotkę. Każda strona chce czegoś od drugiej, ale nie chce dać tego czego się od niej oczekuje. Turyści oganiają się od propozycji zakupu pamiątek, miejscowi jak ognia unikają obiektywu. Do tego w centralnym miejscu głównego placu tkwi sugestywny pomnik przedstawiający Indianina wyrywającego serce hiszpańskiemu żołnierzowi. Nie wróży to łatwego porozumienia pomiędzy miejscowymi i przybyszami.

Mateusz rozwinął w sobie w czasie naszej podróży namiętność do odczytywania informacji na etykietach produktów spożywczych (i nie tylko). I tak wspólnym posiłkom towarzyszyło studiowanie miasta pochodzenia oraz składu napojów, dżemów, kiełbas itp. Tym większym blamażem był zakup przez naszego spożywczego eksperta domniemanego tuńczyka, który przy bliższym poznaniu okazał się wyrobem tuńczykopodobnym, a konkretnie konserwą rybną typu tuńczyk. Naturalnie słowo tipo (typu) było napisane najmniejszą możliwą czcionką, a w składzie nie było śladu typowanej ryby. Był to wielki zawód i początek przygody z boliwijskimi produktami udającymi coś czym nie są. Innym przedstawicielem tego gatunku była czekolada opakowana w torebkę foliową i szary papier będąca w istocie dziwnym amalgamatem grubych kryształków cukru z czymś brązowym (zapewne kakao, choć po smaku trudno rozpoznać).

La Paz znajduje się w wielkiej rozpadlinie, z daleka wygląda tak jakby miasto przelewało się przez krawędź altiplano. Podział stref społecznych przebiega tu według poziomic. Rozpiętość wysokości, która sięga ponad 1000 metrów pomiędzy 3.000 i 4.100, powoduje realne różnice w klimacie (różnica temperatur może dochodzić nawet do 10o C). Im niżej położona dzielnica, tym bardziej zamożna i prestiżowa. Tutaj bogaci dosłownie kupują pogodę. Najwyżej położone i w związku z tym najbiedniejsze El Alto, które uznaje się czasami za odrębne miasto, nosi nieprzypadkowo nazwę odpowiadającą swojej pozycji wertykalnej.

Jedną z żelaznych atrakcji rowerowych okolic La Paz jest zjechanie drogą śmierci. Ma to być najniebezpieczniejsza droga świata – takimi hasłami biura wabią turystów dorzucając do wycieczki T-Shirt z dumną deklaracją „Przejechałem drogę śmierci!”. Pojechaliśmy tam na własną rękę. Newralgiczny odcinek drogi jest wyłączony z ruchu samochodowego i ,może także przez gęstą mgłę zasłaniającą widoki, wydał nam się wyjątkowo spokojny i bezpieczny. Prawda jest taka, że istnieją drogi w Boliwii , które zbierają śmiertelne żniwo.  Głównie wśród autobusów, które nierzadko w pełnym pędzie balansują nad krawędzią przepaści liczących po kilkaset metrów. To właśnie jazda autobusem po tych drogach powodowała w nas autentyczny lęk, a nie zjazd po osławionej drodze śmierci, gdzie rowerzysta może bez problemu jechać z dala od krawędzi urwiska.

La Paz to nazwa-oksymoron. O spokój w tym mieście niezwykle trudno. Jak nie ma parady ze sztucznymi ogniami i głośną muzyką, to są protesty z obfitym użyciem petard.  W trakcie naszego pobytu przez miasto przewaliły się co najmniej cztery demonstracje. A to przeciwko budowie autostrady przez dżunglę, a to nauczyciele… protestowali nawet policjanci! Demonstracje i protesty, nawet te powodujące konieczność budowania barykad, wpisały się na tyle w krajobraz, że nie zakłócają zbytnio normalnego życia miasta. Drobni sprzedawcy roznoszą przekąski wśród protestujących i gapiów, którzy przy okazji mogą także skorzystać z usług czyścibutów. Czasami protestujący zatrzymywali się w stolicy na dłużej rozkładając miasteczka namiotowe, ale to też na nikim nie robiło wrażenia. Druga namiętność Boliwijczyków opanowująca ulice La Paz to fiesta. Z byle okazji formowały się barwne korowody tańczących, które przy dźwiękach orkiestry przemierzały kolejne ulice centrum. Na te dwie miłości Boliwijczycy są gotowi przeznaczać ogromne fundusze, a przecież to najbiedniejszy kraj Ameryki Południowej.

Liczba dni na rowerze – 9

Ilość km przejechanych –  531 km (łącznie 8661 km)

Najdłuższy odcinek dzienny –101 km

Ilość dni 100km+ – 1

Ilość dziur w dętkach – 0 (łącznie 5 A, 6 M)

Liczba dni spędzonych poniżej 3000 m n.p.m. – 7

Liczba noclegów na łóżku – 28

Liczba noclegów pod namiotem – 1

Liczba spotkanych podróżników rowerowych – 7 (2 Francja, 3 Niemcy, 1 Hiszpan, 1 Meksyk)

Liczba spotkanych rowerów Surly – 3

Najdłuższy okres bez prysznica – 3 dni

Słówko miesiąca – platitos, pl pieniążki (dosłownie sreberka). Tego nasze uszy jeszcze nie słyszały. Przemierzając południową boliwijską dzicz uniknęliśmy wcześniejszego spotkania z tą formą „powitania”, która okazała się niezmiernie popularna w pobliżu Sucre i La Paz. Za pierwszym razem bardziej zgadliśmy niż zrozumieliśmy co też chce od nas ta dziewczynka, z którą przed chwilą wymieniliśmy kurtuazyjne „hola”. Pierwszy krąg piekielny został przekroczony.

STATYSTYKI NR 11

La Paz 1/7/2012 – 31/7/2012

Miesiąc rozpoczęliśmy mocnym akcentem – wejście na nasz pierwszy w życiu sześciotysięcznik – Huayana Potosi. Zła passa przełamana! Pierwszy szczyt andyjski zdobyty! Stojąc o świcie na wysokości 6099 m n.p.m. czuliśmy się niepokonani. Teraz to już żadna góra nam nie straszna. Nasze poczucie mocy podbudowywały dodatkowo słowa uznania ze strony spotykanych po drodze przewodników prowadzących na szczyt klientów.

– Polacos son grandes escaladores! (Polacy to wielcy wspinacze!)

– Hola amigos Polacos! (Witajcie przyjaciele, Polacy!) , niektórzy byli nawet w stanie wymienić bezbłędnie polskich wspinaczy (Kukuczka, Baranowska, Kurtyka…).

Ta nadmierna pewność siebie boleśnie została zweryfikowana na kolejnej wyprawie – na Sajamę, najwyższy szczyt Boliwii. Wspinaliśmy się z 3 rowerzystami spotkanymi w  casa de cyclista. Decyzja odwrotu na 400 m przed szczytem była wynikiem chwilowej słabości i upadku morale po odwrocie reszty grupy wraz z przewodnikiem, ale jednak to my ją podjęliśmy. Z perspektywy czasu wiemy, że był to błąd. Mieliśmy dość siły by dotrzeć na szczyt i z niego zejść. Brak wystarczającego doświadczenia wysokogórskiego zazwyczaj skłania nas do niepodejmowania ryzyka, a jest to konieczne.

Pomiędzy wypadami górskimi (wybraliśmy się też na trekking do bazy pod Codoriri oraz w Soracie) czas płynął nam w La Paz. Poznaliśmy w tym czasie Szymona, samozwańczego ambasadora Polski w Boliwii (prowadzi stronę mywayaround.com). Odwiedza go wielu polskich podróżników, których żądza przygody zagnała to tego dzikiego kraju. Różniły nas zainteresowania – Szymon jest fanem upraw ekologicznych, najnowszej technologii smartfonów oraz samochodów. Nie dał się przekonać o wyższości roweru nad jeepem oraz Polski nad Boliwią. Dzięki niemu udało nam się rozwikłać jedną z nękających nas zagadek – nieotynkowanych domów. Zaczęło się już na południu Boliwii – wszędzie większość zamieszkanych domów była na zewnątrz nadal surową cegłą. Tłumaczyliśmy to sobie tym, że są niedawno postawione i właścicieli nie stać było na wykończenie. Prawda okazała się dużo bardziej prozaiczna. Od otynkowanych domów pobierany jest podatek od nieruchomości. To wystarczyło do nakłonienia większości populacji boliwijskiej, że malowanie domu z zewnątrz to fanaberia.

Z serii rzeczy, za które lubimy Boliwię – nie ma tu ani jednej restauracji Mc Donald’s. I to nie przez jakiś zakaz, po prostu ta sieć restauracji nie jest w stanie konkurować w rzeczywistości gdzie żywność jest tak tania i ogólnodostępna. Nikt nie kupi kanapki z kotletem w cenie, za którą za rogiem może takich kanapek kupić cztery. Nieobecność tej ikony globalnego rynku i niezdrowego jedzenia cieszyła nas niezmiernie. Prezydent Evo Morales, od zawsze zaciekły wróg Coca-Coli (ponoć kiedyś bardzo się nią zatruł), postanowił uwolnić Boliwię od kolejnego globalnego giganta. Ogłosił, że od 2013 tego napoju nie będzie można już kupić w Boliwii.

Liczba dni na rowerze – 0

Ilość km przejechanych –  0 km (łącznie 8661 km)

Ilość dziur w dętkach – 0 (łącznie 5 A, 6 M)

Najwyższy nocleg – 5700 m n.p.m.

Najwyżej byliśmy na… – 6100 m n.p.m. – dwukrotnie: raz na szczycie Huyana Potosi, ponownie przy podejściu na Sajamę. To nasz życiowy rekord (jak dotąd).

Najwyżej odnotowany bobek lamy – 5100 m n.p.m

Liczba dni spędzonych powyżej 4000 m n.p.m. – 11

Liczba dni spędzonych poniżej 3000 m n.p.m. – 3

Próby kradzieży – 2 (obie nieskuteczne)

Liczba noclegów na łóżku – 24

Liczba noclegów pod namiotem – 7

Liczba spotkanych podróżników rowerowych – 40 (1 Nowa Zelandia, 2 Hiszpania, 4 Niemcy (2 ponownie spotkanych po Uyuni), 2 Belgia, 1 Argentyna, … potem już straciliśmy rachubę. Podaną liczbę oszacowaliśmy na podstawie wpisów do książki odwiedzin casa de cyclistas. Wśród rowerzystów, którzy przewinęli się w tym czasie byli między innymi dwie pary tandemowe, czteroosobowa rodzina z dziećmi oraz niedowidzący cykliści z projektu 2blind2ride).

Najdłuższy okres bez prysznica – 4 dni

Słówko miesiąca – white ass, czyli trochę zmutowane „białas”. Takim oto mianem postanowiliśmy traktować wszystkich nosicieli jasnej karnacji. Miejscowi mają na to inne, niezmiernie popularne określenie, ale o tym w następnych statystykach.

STATYSTYKI NR 12

La Paz – Lima 1/8/2012 – 31/8/2012

W Peru miało miejsce kilka niechlubnych i bolesnych pierwszych razów tej podróży. Poleciał za nami pierwszy kamień i równie twarde słowa. Słowo „gringo” wymawiane tu było pod naszym adresem ciągle. To neutralne w gruncie rzeczy słowo (określające człowieka o jasnej karnacji), z którym spotykaliśmy się już wcześniej, tutaj było obelgą o nacechowaniu uczuciowym gdzieś na zbiegu lekceważenia, pogardy i wrogości. Do tego niemiłego przyjęcia dołożyli się także kierowcy, którzy mijali nas na drodze na centymetry w pełnym pędzie oraz ogłuszając klaksonem. Wszystko to psuło nam frajdę z  poznawania nowego kraju i utrudniało docenienie jego niezaprzeczalnych walorów. Po prostu czuliśmy się tu niechciani. W takim stanie wzrusza do łez zwykły miły gest, jak na przykład podarowane miętusy na drogę przez jednego sympatycznego kierownika hostelu. Zainspirowani tymi doznaniami z Peru zaczęliśmy się zastanawiać jakież to przyjęcie spotkałoby w naszym kraju murzyna, który by postanowił przemierzyć Polskę na rowerze. Być może jego wrażenia byłyby zupełnie podobne. Także jeśli spotkacie czarnoskórego sakwiarza bądźcie dla niego serdeczni. Po jakimś czasie wyrobiliśmy sobie dystans do wszystkich negatywnych doświadczeń starając się zachować w pamięci głównie miłe przeżycia i spotkania, a takie także były i było ich coraz więcej! Jedna z teorii podróżników rowerowych głosi, że zło w Peru kumuluje się głównie na południu kraju, a zatem im dalej na północ tym lepiej.

Każdy wie co oznacza śniadanie kontynentalne, amerykańskie, angielskie. Ale co oznacza śniadanie peruwiańskie? Caldo! Czyli rosół. To najpopularniejsze danie serwowane jako pierwszy posiłek w ciągu dnia. Jak na taki szlagier przystało występuje w nieskończonej ilości odmian : caldo de gallina (z kury), de cabeza (z głowy), de mote (z kukurydzą), de cordero (z barana). Peruwiańska prowincja nie stroni od dań, którym Mateusz mówi stanowcze „nie”. Cau-cau (flaki), ozorki, podroby, wątróbka… rosół niby powinien być bezpieczny, ale z jego odmętów czasem wyłaniają się złowieszczo drobiowe elementy – jak na przykład kurze łapki. Biedny Mateusz… Ja natomiast z moimi perwersyjnymi skłonnościami do takich dań (no może nie kurzych łapek) mogłam nareszcie bez żadnego problemu oddać się swojej namiętności. Oboje jednak jeszcze nie mieliśmy odwagi żeby spróbować prawdziwego dania – wyzwania. Cuy, czyli świnka morska. Poza samym sprzeciwem przeciwko nabijaniem na ruszt takiego sympatycznego zwierzaka odstręcza nas świadomość sposobu ich przyrządzania (na razie oszczędzimy wam tej wiedzy – wśród naszych czytelników są osoby o silnym stosunku emocjonalnym do każdego przejawu fauny).

Wrzesień ogłosiliśmy miesiącem bez roweru. W końcówce sierpnia droga mocno nas wymęczyła. Przede wszystkim bez przerwy skakała pomiędzy 2 tyś m npm a 4 tyś m npm. Oznaczało to ciągłe zmiany klimatu – na górze marzliśmy, na dole gryzły nas niemiłosierne muszki. Do tego wszelkie możliwe wiezione przez nas płyny regularnie wyciekały pod wpływem zmian ciśnienia. Podjazdy dominowały czas spędzony na siodełku bo te same 40 km pod górę zajmowało nam 5 godzin, w dół – godzinę. Drogi andyjskie w Peru to jak przejażdżka roller-costerem, tylko z własnym napędem. Przez skomplikowaną rzeźbę terenu trudno było przewidzieć dalszy przebieg drogi.  Kiedy myśleliśmy, że będzie prowadzić do góry – rozpoczynał się zjazd. Kiedy liczyliśmy na wypłaszczenie –wystrzeliwała w górę, wijąc się do tego tak niesamowicie, że mieliśmy wrażenie że objeżdżamy po kolei dookoła wszystkie góry. Kolejne utrudnienie to koniec asfaltu. Byłoby to nawet do zniesienia (pomimo że na podjeździe) ale dodatkowo uraczył nas deszcz niewidziany już od dawien dawna. W konsekwencji piaszczysta droga zamieniła się w błotnistą pułapkę, a my wylądowaliśmy w środku niczego wymarznięci i ubłoceni od stóp po kaski. Gdyby nie litościwy kierowca z zarządu dróg historia mogłaby się skończyć nieciekawie. Jakoś z jego pomocą wykaraskaliśmy się z błota i po gruntownym odczyszczeniu sprzętu niezrażeni ruszyliśmy dalej. Miarka się przebrała kiedy w dzień rocznicy obudziliśmy się w przemoczonym namiocie na 4 tyś metrów w wielkiej chmurze i zmuszeni byliśmy wykonać kilkanaście kilometrów zjazdu w przeszywającym zimnie i mżawce. Tu powiedzieliśmy sobie stop. Z tego powodu nie wykonaliśmy „planu” czyli 10 tyś km w rok, ale byliśmy bardzo blisko. Drugą połowę rocznicy spędziliśmy wobec tego w transportowym tirze wiozącym nas do Limy. Nawet z pozycji bagażu byliśmy w stanie wyczuć zmiany temperatury związane ze skakaniem z przełęczy na przełęcz.

W stolicy Peru pokładaliśmy wielkie nadzieje. Niestety przywitała tu nas nijaka mgła i chłód. Lima nie należy do miast, które urzekają od pierwszego wejrzenia. Na poziomie morza, a właściwie oceanu, czuliśmy się dziwnie. Ból uszu towarzyszył nam przez pierwszy dzień, a  powietrze wydawało się jakoś nieprzyjemnie gęste. Za to mnóstwo ludzi rozpoznawało naszą polską flagiewkę i popisywało się swoją znajomością polskiego (Dzień dobry, Varsovia, Gregor Lato). Wyglądało na to, że spotkamy tu wielu Polaków i tak było.

Liczba dni na rowerze –    17

Ilość km przejechanych –  1093 km (łącznie 9754 km)

Najdłuższy odcinek dzienny –128 km

Ilość dni 100km+ – 1

Ilość dziur w dętkach – 2A, 2M (łącznie 7 A, 8 M)

Najwyższy nocleg – 4000 m n.p.m.

Najwyższy przejazd – 4350 m n.p.m.

Liczba dni spędzonych powyżej 4000 m n.p.m. – 2

Liczba dni spędzonych poniżej 3000 m n.p.m. – 8

Najniżej byliśmy na… – 0 m n.p.m.

Przewyższenia przejechane łącznie – 10.806 m

Liczba noclegów na łóżku – 18

Liczba noclegów pod namiotem – 7

Liczba spotkanych podróżników rowerowych – 23  (3 Szwajcaria, 4 Francja, 2 Słowacja, 2 Holandia, 1 Korea?, 1 Niemcy (spotkany wcześniej w casa de cyclistas w La Paz), 1 Australia, 1 Japonia, 2 Belgia (spotkani wcześniej w casa de cyclistas w La Paz), 3 Austria, 2 Argentyna (z czego jeden spotkany ponownie), 1 Wielka Brytania, 1 Wenezuela)

Liczba spotkanych rowerów Surly – 2

Najdłuższy okres bez prysznica – 7 dni

Zrzucone kilogramy od początku podróży – M -30, A -10.

Słówko miesiąca – Sudaka, pl obraźliwie o mieszkańcu Ameryki Południowej. W obliczu powszechności i obraźliwości używanego przez Peruwiańczyków słowa „gringo” w stosunku do każdego white assa poszukiwaliśmy skutecznej riposty. Z pomocą przyszedł nam znajomy podróżnik podsuwając to właśnie słówko. W momentach kiedy gringowa frustracja brała nad nami górę odgryzaliśmy się tym epitetem. Potem pozostawało już tylko szybko pedałować.

STATYSTYKI NR 13

Lima – Chuquibamba 1/9/2012 – 30/9/2012

Nie udało się dotrzymać obietnicy i na rower wsiedliśmy ponownie przed końcem miesiąca.  Ale zanim to nastąpiło przeobraziliśmy się w górołazów. Na początek obraliśmy kurs na najwyższe pasmo górskie w Peru – Cordilliera Blanca. Po kilku dniach spędzonych w Limie, aby nie tracić aklimatyzacji, wyruszyliśmy autobusem do Huaraz. Mieliśmy dzięki temu możliwość do poczynienia kolejnej obserwacji socjologicznej. Przed wejściem na pokład autobusu każdy pasażer jest legitymowany z dokumentu tożsamości, a czasem nawet pobierane są odciski palców (sic!). Dodatkowo przed odjazdem pasażerowie zostają sfilmowani według zajmowanych przez siebie miejsc. Ma to jakichś związek z podniesieniem bezpieczeństwa, ale nam się raczej kojarzyło ze zbieraniem danych do identyfikacji zwłok.

Cordilliera Blanca porównywana jest często do Alp i po krótkim czasie znaliśmy co najmniej jeden powód – ceny. Stawki przewodników i wynajęcia sprzętu były kilkukrotnie wyższe niż w Boliwii, co pogrzebało nasze nadzieje na zdobycie jakiegoś szczytu. W zamian zdecydowaliśmy się na trekking do bazy pod Alpamayo.

Podczas wędrówki przeżyliśmy niemiłe dejavu. Szlak zachowywał się tak samo jak drogi od których uciekaliśmy – wykonywał slalom w pionie. Takim sposobem trekking polegał na wspinaniu się na wysokie przełęcze, gdzie wiatr dosłownie zwalał z nóg, a następnie niemiłosiernie długim schodzeniu w głębokie doliny. Buty Mateusza źle znosiły taką marszrutę. Już wcześniej mocno podniszczone i starte w obliczu nowych wyzwań groziły całkowitym rozsypaniem i powodowały duże zagrożenie przy stromych zejściach. Na szczęście przetrzymały 6 dniową wędrówkę na drugą stronę pasma górskiego do Pomabamby.

W 2010 Marek Żołądek i Michał Apollo poprowadzili w paśmie Huayhuash nieopodal Cordilliera Blanca drogę wspinaczkową, której nadali ironiczną nazwę  „wyżej niż krowy”  nawiązując do tytułu książki „Wyżej niż kondory”. Ten, kto tu był wie, że podejść wyżej niż krowy nie jest wcale tak łatwo. Pod najbardziej stromymi przełęczami natykaliśmy się na te wydawało by się niezdatne do wspinaczki zwierzaki pasące się z niezmąconym spokojem. Może pozazdrościły alpejskim krowom, które zrobiły międzynarodową karierę dzięki czekoladzie Milka?

W Pomabambie spotkaliśmy mistrza świata w opierdalaniu się.  Zmuszeni czekać kilka godzin na autobus byliśmy świadkami niesamowitego spektaklu, który dział się na naszych oczach w samym centrum miasta. Chłopak, który najwyraźniej odpowiedzialny był za strzyżenie zieleni, bez żenady robił wszystko żeby nie pracować. Kilka ruchów nożycami i już wysyła SMSa, potem kilka chwil na obserwowanie otoczenia, sprawdzenie czy przyszła odpowiedź, chwilka odpoczynku i kolejne kilka przystrzyżeń. Po paru godzinach zgodnie stwierdziliśmy że wzrost trawy wyprzedza spokojnie zabiegi tego ogrodnika.

Kolejny wypad z Limy wykonaliśmy do Arequipy, aby wspiąć się na wulkan i odwiedzić najgłębszy kanion świata (nie, nie Colca!). I właśnie przejazd do kanionu Cotahuasi jest odpowiedzialny za jedyne dni rowerowe w tym miesiącu. Droga do kanionu była równie ciekawa jak on sam. Nie jest to jeszcze zbyt popularny kierunek, bo większość turystów wybiera łatwiej dostępny i bardziej znany kanion Colca. Może też z tego powodu łatwiej spotkać tu życzliwych ludzi, szczerze zainteresowanych historią przybyszy. Dzięki ludziom poznanym na tej trasie odzyskaliśmy wiarę w człowieczeństwo Peru. Ostatni dzień miesiąca spędziliśmy z bardzo miłą starszą parą, która zaprosiła nas na nocleg do swojego domu i przyjęła jak przyjaciół.

Liczba dni na rowerze – 4

Ilość km przejechanych – 325  km (łącznie 10079 km)

Najdłuższy odcinek dzienny –99 km

Ilość dni 100km+ – 0

Ilość dziur w dętkach – 0 (łącznie 7 A, 8 M)

Próby kradzieży –  2 (w tym 1 skuteczna – Ipod )

Liczba noclegów na łóżku – 19

Liczba noclegów pod namiotem – 7

Liczba spotkanych podróżników rowerowych – 6 (1 Francja, 2 Stany Zjednoczone, 1 Argentyna – spotkany ponownie, 2 ?)

Najdłuższy okres bez prysznica – 7 dni

Słówko miesiąca – regalo, pl podarunek. Po prawie tygodniowej wędrówce przez góry zeszliśmy w zamieszkane doliny. Na każdym kroku spotykało nas jedno zdanie „Regalame chocolate/caramelo”, czyli „Podaruj mi czekoladę/cukierka”. Z petycją przychodziły głównie dzieci, ale na słodycze byli też łasi dorośli. Nie popieramy takiego „dokarmiania”, więc odmawialiśmy. Zresztą w plecaku poniewierała nam się jedynie nędzna resztka czekolady. Gdybyśmy mieli obdzielić wszystkich potrzebujących to chyba musielibyśmy na ten cel mieć osobny plecak pełen słodyczy. Ciekawe, że nikomu z miejscowych nie przyszło do głowy, że po tygodniowym wymagającym trekkingu po prostu już nie mamy nic do jedzenia i jest to jeden z powodów naszego powrotu do cywilizacji.

Jeśli uważasz, że warto się tym podzielić, to te guziki pomogą:

3 komentarzy na temat “Statystyki 10 – 13

  1. Tylko pozazdrościć :) Nie wiem czy dał bym radę fizycznie przebrnąć przez taką wyprawę, ale dla tych zgubionych kilogramów chętnie bym spróbował ;) Oczywiście żartuję – jest tysiąc lepszych powodów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *