Statystyki 7, 8 i 9

STATYSTYKI NR 7

Mendoza – Hualfin 1/3/2012 – 31/3/2012

Początek marca oznaczał długo odsuwane podjęcie dalszej tułaczki rowerowej. Mendoza zatrzymała nas o wiele dłużej niż to zaplanowaliśmy, ale po nieudanym podejściu na Aconcagua morale silnie nam podupadło i wymagało pilnej reparacji. W końcu dzień opuszczenia winnej stolicy Argentyny nastąpił, choć nasze nastroje nadal były dalekie od entuzjazmu. Nic więc dziwnego, że skorzystaliśmy z pierwszej nadarzającej się okazji na przedłużenie „odpoczynku”. A okazja nadarzyła się już po dwóch dniach pedałowania, kiedy to znaleźliśmy się w dość patowej sytuacji po zmroku poszukując godnego zaufania miejsca noclegowego w terenie zurbanizowanym San Juan. Okolice miejskie, a zwłaszcza podmiejskie, zdecydowanie wykluczają typowe ultimate alternative noclegowe, jakim jest rozbicie namiotu przy drodze. Pora zdecydowanie stawała się nocna, a rokowania coraz gorsze. w takiej sytuacji zwróciliśmy się o pomoc do przedstawicieli lokalnej władzy, których dojrzeliśmy na stacji benzynowej. Policjantki okazały się nad wyraz empatyczne i dla wynalezienia nam miejsca na nocleg (które mieściło się w naszym skromnym budżecie, bo o darmowym raczej już nie było co marzyć) zaangażowały niemal wszystkich funkcjonariuszy na służbie, którzy objawili się zapakowani w spory samochód terenowy. Rzucało się w oczy, że raczej nie była to dla nich najbardziej pracowita noc, bo potraktowali naszą sprawę priorytetowo. Zaoferowali nawet, że doprowadzą nas do zaproponowanego przez siebie miejsca, którym okazała się nieopodal leżąca farma. W taki oto sposób zajechaliśmy o godzinie 22 w obstawie uzbrojonej jednostki policji na podwórko Pedra i Lucii. Przełknęliśmy dość wysoką cenę noclegu i czym prędzej rozbiliśmy namiot. Następnego ranka spotkaliśmy pracujących tam woluntariuszy i podpytaliśmy ich o warunki pracy na farmie. Wszystko odbywało się w ramach organizacji WWOOF, która zajmuje się organizacją agro-wolontariatu na całym świecie. Nie zastanawiając się zbyt długo postanowiliśmy zostać i popracować tu trochę, zwłaszcza że miejsce było bardzo zadbane, właściciele sympatyczni, a na dokładkę był jeszcze basen. Szybko zostaliśmy uzbrojeni w narzędzia pracy i zapoznani z resztą ekipy. Składali się na nią Włoszka Marida, Kanadyjczycy Simon i Maxim, oraz Szwed Federick. Przez trzy tygodnie naszego pobytu pojawiali się kolejni wolontariusze – Federika ze Szwajcarii, Kim z Korei, Cyryl i Lu z Francji, Georg z Niemiec oraz Holender, Francuzka i Amerykanka, dając niezbity dowód na popularność farmy wśród tzw. WWOOFersów. My po raz kolejny mogliśmy się szczycić tytułem pierwszych Polaków, tym razem w kolekcji wolontariuszy Granja Tia Nora.

Pobyt na farmie był pod wieloma względami prawdziwym zrządzeniem losu, jednak pogłębił naszą frustrację z powodu niedostatecznej znajomości języka hiszpańskiego. Większość wolontariuszy, będących w naszym wieku lub młodszych, mogło się poszczycić perfekcyjną znajomością co najmniej 3 języków, w tym naturalnie hiszpańskiego. Większość rozmów siłą rzeczy toczyła się w języku gospodarzy, z wyjątkowo niewielkim naszym udziałem. Nasz wkład w konwersację zazwyczaj ograniczał się do wyjątkowo krótkich komunikatów, zazwyczaj niegramatycznych, po których mieliśmy ochotę zapaść się pod ziemię.

Dni mijały w miłej rutynie praca –relaks. Korzystaliśmy maksymalnie z dostępu takich luksusów jak łóżka, książki, basen, świeże owoce i lody. Niechcący staliśmy się też tematem dla miejscowej gazety, o czym wiedzą pilni obserwatorzy naszego facebooka. Czas naszego wyjazdu zbiegł się z niemiłym wydarzeniem, jakim była kradzież na farmie. To, że sami nie staliśmy się jej bezpośrednimi ofiarami tylko w pewnym stopniu poprawiała nam samopoczucie. I tak to, co mogło być miłą imprezą pożegnalną zamieniło się w stypę. Kradzieży dokonano akurat kiedy wszyscy bawiliśmy się na proszonym asadzie, które przeciągnęło się późno w noc. Zostawiliśmy za sobą farmę pogrążoną w smutku licząc, że chociaż nasz prezent pożegnalny w postaci kilograma lodów poprawi odrobinę humory.

Pierwsze kilometry pedałowania szły nam nadzwyczaj opornie, ale z każdym dniem rozpędzaliśmy się coraz bardziej i ze zdziwieniem zauważyliśmy, że dystans 100 km nie stanowi dla nas większego problemu. Odpoczynek na farmie na tyle naładował nam akumulatory, że w ciągu następnego tygodnia przejechaliśmy ponad 700 km bez większego wysiłku pokonując nawet trudny odcinek przez góry. W tym zapamiętaniu rowerowym przeoczyliśmy nawet moment zmiany miesiąca, przez co nie uwieczniliśmy osiągu na liczniku.

Liczba dni na rowerze – 10

Ilość km przejechanych – 920 km (łącznie 6270km)

Najdłuższy odcinek dzienny – 123 km

Ilość dni 100km+ – 4

Ilość dziur w dętkach – 2M (łącznie 4 A, 6 M)

Najwyższy nocleg – 2000 m n.p.m.

Najwyższy przejazd – 2200 m n.p.m.

Liczba noclegów na łóżku – 14

Liczba noclegów pod namiotem- 16

Liczba spotkanych podróżników rowerowych – 3 (Stany Zjednoczone – Alabama)

Spotkanych rowerów Surly – 3

Najdłuższy okres bez prysznica – 3 dni

Ilość przekopanych grządek/taczek z łajnem – 13/78

Słówko miesiąca – rico, pl smaczne. Jest to jedna z cennych nauk wyniesionych z pracy na farmie, gdzie czuliśmy się lingwistycznymi analfabetami. Przy każdym posiłku padało sakramentalne „muy rico!” jako uznanie dla przygotowującego jedzenie. Niejednokrotnie było przyczynkiem do zaimprowizowanej lekcji hiszpańskiego, czyli powtórzmy wszyscy: „rico” mówimy o jedzeniu, „lindo” o wszystkich pozostałych rzeczach.

STATYSTYKI NR 8

Hualfin – San Pedro de Atacama 1/4/2012 – 30/4/2012

Tego prima aprilisu nie będzie łatwo zapomnieć. Akurat tego dnia czekał nas dość długi, bo około 40 km odcinek bez asfaltu. Na to byliśmy przygotowani. Nie byliśmy za to przygotowani na konieczność przeprawiania się kilkukrotnie przez rzekę (przeprawa zazwyczaj zaopatrzona była rezolutną tablicą „na własną odpowiedzialność”) oraz na niezliczone objazdy i objazdy objazdów. W Argentynie nie ma złych dróg, są tylko drogi w remoncie. Nie ważne, że remont trwa już 2 lub 3 lata. W pewnym z momencie straciliśmy zaufanie dla konstruktorów owej primaaprilisowej drogi, sądząc że samiogubili się w kolejnych objazdach i zatracili ogólny kierunek w jakim droga powinna prowadzić. Na szczęście długo oczekiwany moment, kiedy koła naszych pojazdów znów dotknęły asfaltu nastał dając nam nadzieję na przebycie tego dnia jakiegoś przyzwoitego dystansu. Wykształciliśmy sobie w trakcie podróży coś w rodzaju kodeksu honorowego – minimalny dystans dzienny to 60 km.

Śpieszno nam było także z innego powodu. Już od czasu wyjazdu z gościnnej farmy zastanawialiśmy się jak spędzić nadchodzące Święta Wielkanocne. Z Buenos Aires mieliśmy wykaz wszystkich polskich księży w Argentynie i postanowiliśmy zawitać do jednego z nich w prowincji Salta. Udało nam się skontaktować z księdzem Florianem z Quebrachal i mając jego oficjalne zaproszenie śpieszyliśmy się, żeby zdążyć tam na czas.

Semana Santa (Wielki Tydzień) minął nam na jeździe przez bardzo malownicze tereny. Poruszaliśmy się cały czas drogą nr 40 i patrząc na tabliczki odliczające kilometry, wspominaliśmy dni, kiedy przemierzaliśmy jej kilkunasty, czy kilkusetny kilometr. Było nam przykro opuścić tę drogę, tuż za Cafayate, bo naprawdę dużą część naszej wyprawy spędziliśmy na tej jednej z najdłuższych dróg w Argentynie (nie każdy wie, że ruta 40 to nie tylko patagońskie wyzwanie, lecz biegnie dalej aż do granicy z Boliwią i ma całkowitą długość 5224 km).

Odwiedziny u księdza wymagały odbicia z drogi, która prowadziła na północ. Oznaczało to przejazd trasą, która nie istnieje na większości map. Na szczęście w terenie okazała się całkiem przejezdną szutrówką, niepozbawioną atrakcji takich jak przeprawy przez strumienie, piaszczyste etapy, strome podjazdy i jeszcze bardziej strome zjazdy. Dodatkowo piękno krajobrazów sprawiało, że spokojnie mogłyby się tam odbyć zawody w kolarstwie górskim. Nasze ciężkie „pociągowe” rowery dzielnie zmierzyły się z wyzwaniem i już po dwóch dniach sunęły równym asfaltem drogi do Quebrachal.

Święta te już na zawsze będą nam się kojarzyć z flakami i pewnym dowcipem o ananasie. W miasteczku Quebrachal nie czuć było za nic ducha świąt, bo nawet w samą Wielkanoc wszystkie sklepy działały i ten dzień niczym nie różnił się od pozostałych. Do tego pogoda się zepsuła i Lany Poniedziałek mijał pod znakiem deszczu. Na szczęście mogliśmy skorzystać z podwózki do Salty, ponieważ ksiądz wybierał się odebrać gości z Polski.

Salta była ostatnim długim przystankiem przed definitywnym opuszczeniem Argentyny. Częściowo za sprawą pogody, a częściowo za sprawą atrakcyjności tego miasta znowu zasiedzieliśmy się około tygodnia. Dzięki temu udało nam się spotkać z poznanym w tej podróży polskim podróżnikiem – „Krisem from Poland”, z którym ścieżki przecinały nam się nie raz i pewnie nie raz się przetną. Dalsza droga prowadziła już na północny-zachód przez wysokie Andy.

Wraz ze wzrostem trudności terenu, do zwyczajowego pozdrowienia kierowców (czyli klaksonu) dołączane były bardziej wyrafinowane formy uznania i poparcia. Gdyby wszystkie pokazywane kciuki, „wiktorie”, czy wręcz oklaski przełożyć na ilość „like’ów” na facebooku przebilibyśmy niejeden popularny portal. Tylko co by nam z tego przyszło?

Popularne powiedzenie „spiesz się powoli” nabiera całkiem nowego znaczenia powyżej 4000 m n.p.m. Brak tlenu wymusza wolne tempo, a zadyszka staje się normalnym sposobem oddychania. Przejazd przez główne pasmo Andów szybko zweryfikowało nasze dzienne przebiegi. 60 km to był teraz dystans niemal nieosiągalny, kiedy droga przed nami pięła się w niekończących się serpentynach i zawijasach. Powtarzaliśmy sobie tylko jak mantrę, że pod koniec tego około 400 km odcinka czeka nas nagroda – ponad 40 km zjazdu do San Pedro de Atacama, biorącego nazwę od pustyni, na której leży. Ta malutka miejscowość żyje niemal wyłącznie z ruchu turystycznego, co powoduje idiotycznie zawyżone ceny żywności, niesamowite zagęszczenie agencji wycieczkowych i noclegowni. Pomimo całej swojej komercyjności jest to całkiem przyjemne miejsce, a ilość atrakcji w okolicy całkowicie uzasadnia tytuł największego magnesu turystycznego w Chile.

Liczba dni na rowerze – 22

Ilość km przejechanych – 1214 km (łącznie 7484 km)

Najdłuższy odcinek dzienny – 112 km

Ilość dni 100km+ – 4

Ilość dziur w dętkach – 1A (łącznie 5 A, 6 M)

Najwyższy nocleg – 4600 m n.p.m.

Najwyższy przejazd – 4869 m n.p.m.

Liczba noclegów na łóżku – 11

Liczba noclegów pod namiotem – 19

Liczba spotkanych podróżników rowerowych – 0

Najdłuższy okres bez prysznica – 4 dni

Najwięcej kapliczek Gauchito Gila w ciągu jednego dnia – 21

Liczba oglądanych razy Piratów z Karaibów cz.3 – 4

Słówko miesiąca – desvio pl objazd


STATYSTYKI NR 9

San Pedro de Atacama – Pulacayo 1/5/2012 – 31/5/2012

Co może być mniej prawdopodobne niż powódź na pustyni? A jednak nam się przydarzyło na pewnym polu namiotowym, którego nazwę litościwie przemilczymy. Było to dość surrealistyczne uczucie, gdy w rozważania na temat tego, kto pójdzie do sklepu po bułki, wdarła się konstatacja: „ Mateusz, tu jest woda!!!”. Był to najwyższy czas, bo poziom wody powoli zbliżał się do wysokości progu namiotu i groził rychłym zalaniem całego wnętrza. Kolejne godziny upłynęły na ratowaniu i suszeniu naszego dobytku. Pozostali kampowicze wyzierali powoli ze swoich namiotów i z niedowierzaniem wyławiali swój dobytek z jeziora jakim stało się nagle pole namiotowe. Powodzi nie przeżyły ładowarka do komórki i do baterii aparatu, ponieważ pod naszą nieuwagę postanowiły zanurkować. Szczęśliwi mieszkańcy pokoi, których dobytek ominął żywioł wykazali się brakiem empatii fotografując w najlepsze ofiary powodzi.

Tak pożegnało nas Chile, bo już kolejnego dnia wspinaliśmy się z powrotem pod granicę z Boliwią. Odcinek 40 km, który w dół pokonaliśmy w niecałe 2 godziny, pod górkę zajął nam ponad 1 dzień. Liczyliśmy na podwózkę, ale to raczej my musieliśmy przyjść z pomocą osobówce, której silnik zgasł w połowie podjazdu. Przejście graniczne było bardzo niepozorne, a jego pracownicy dogrzewali się w samochodzie, bo w budynku panowało przejmujące zimno. Brak ogrzewania to boliwijski standard, nawet jeśli temperatury spadają poniżej -20 °C.

Szybko musieliśmy się przestawić na nowe zasady jakie rządzą na dzikim południu Boliwii

  1. Droga to taki bardziej wyjeżdżony kawałek terenu. Zapomnij o drogowskazach.
  2. Pierwszeństwo na drodze i w schroniskach (refugiach) mają jeepy. Rowerzyści to poślednia kategoria turysty.
  3. Odległości nie mierzy się w kilometrach, tylko godzinach jazdy (jeepy) lub dniach (rowery).
  4. Jeepy (i ich pasażerowie) poza psuciem krwi w różnych sytuacjach i byciem ulubionym przedmiotem żartów są nieocenionym źródłem pożywienia. Zarówno w formie resztek pozostawionych w refugiach jak i pieczywa, które można od nich zakupić nawet po zupełnie ludzkich cenach.
  5. Dzienne odcinki kurczą się do maksymalnie 50 km, a średnio 30 km.
  6. Marszrutę definiują miejsca gdzie można nabrać wodę i kupić jedzenie. To drugie to głównie ciastka i słodycze (m.in. Snikersy po astronomicznych cenach). Przez wiele dni nie można odnaleźć sklepów, które oferują takie frykasy jak pieczywo, mleko, czy jajka. O mięsie trzeba zapomnieć, chyba że umiesz polować na lamy.

W schronisku przy Laguna Blanca, 7 km od granicy, czekała nas niespodzianka. Grupa z Polski! Na tym odludziu, skąd nawet flamingi wyniosły się na zimę, spotkaliśmy czwórkę Polaków. Ich celem, jak i naszym był nieodległy wulkan Licancabur wznoszący się na wysokość niemal 6 tyś m n.p.m. Zaraz znalazł się przedsiębiorczy Boliwijczyk, który za symboliczną opłatę 60 USD zaoferował nam podwiezienie 11 km do podnóża góry. Nam stawka wydała się co najmniej wygórowana, ale ponieważ jedna z dziewczyn postanowiła pokryć większość wynagrodzenia chciwego kierowcy, złożyliśmy się i my. 60 USD wystarczyło na dostarczenia nas w komfortowych warunkach na miejsce, woreczek koki i wyprowadzenie w pole… minowe. Kierowca postanowił zabawić się w przewodnika i wyprowadzić nas na początek szlaku. Sęk w tym, że dopiero jak zgubiliśmy drogę przyznał, że on to w zasadzie nigdy nie wchodził na górę. Nasza szóstka uzbrojona była tylko w wiedzę, że szlak wychodzi z ruin inkaskich i jest bardzo dobrze widoczny. Jak okazało się dużo później trasa, którą poprowadził nas uczynny Boliwijczyk prowadziła dalej na granicę z Chile bogatą w miny przeciwpiechotne. My z miejsca gdzie nas opuścił postanowiliśmy pójść w górę. Po kilku godzinach podchodzenia w coraz bardziej osuwającym się piargu poddaliśmy się, bo w koło pojawiły się płaty lodu, a żadne z nas nie miało raków… Po wycofaniu się z powrotem do ruin odkryliśmy właściwą drogę, która może i była dobrze widoczna, ale jak się już na niej było. Czwórka Polaków miała już bilety autobusowe na następny dzień, ale my postanowiliśmy wrócić i spróbować ataku właściwą drogą. Dwa razy okazało się za mało. Doszliśmy do około 5700 m n.p.m. i zabrakło nam czasu i chęci na dalsze wdrapywanie się na czworakach. Wejście na wulkan przypominało wspinaczkę na bardzo stromą wydmę. Grunt usuwał nam się spod butów, tak że na każde dwa kroki wzwyż przypadał jeden w dół. Kolejna porażka andyjska bolała podwójnie… , ale trzecie podejście zostawiliśmy sobie na bliżej nieokreśloną przyszłość. Humory poprawiły nam trochę niepowodzenie dwóch ekip, które wspinały się z przewodnikami kolejnego dnia, co prawda przy znacznie gorszej pogodzie.

Niewdzięczny wulkan zajął nam 3 dni z 4 oficjalnie przewidzianych na bilecie na przebycie parku Edvardo Avaroa. Najwyższy czas był zbierać się do drogi. Razem z nami w drogę ruszała druga para cyklistów, która zmontowała się w schronisku z Francuza i Niemki. Zaskakujące było ich podejście do nas. Zazwyczaj rowerzyści jadący tą samą trasą, nawet jeśli w różnym tempie, to jednak trzymają się razem. Ta dwójka wyraźnie dawała nam wyczuć, że dla nich liczba dwa jest w zupełności wystarczająca, a czwórka to już tłum. W trakcie jazdy do Uyuni widywaliśmy się niemal codziennie i nierzadko nocowaliśmy w tych samych miejscach, ale zazwyczaj ignorowali naszą obecność. Dziwne doświadczenie. Niemniej byliśmy im wdzięczni, za to że ich ślady upewniały nas w tym, że jesteśmy na właściwej drodze. Nasze drogi ostatecznie rozeszły się w Uyuni, po przejechaniu największej solnej pustyni – Salaru de Uyuni.

Salar jest obowiązkowym punktem każdego rowerzysty, który znalazł się w Boliwii. Zresztą nie tylko rowerzysty. Płaski, słony i całkowicie biały krajobraz wabi swoją niezwykłością. Tutaj zacierają się odległości, dzięki czemu można robić zdjęcia wykorzystując złudzenie optyczne. Baliśmy się nawigowania po salarze bez GPSa. Okazało się to dziecinnie łatwe za sprawą wulkanu Thunupa widocznego z każdego miejsca i stanowiącego dzięki temu wyśmienity punkt odniesienia.

To na Salarze przeżyliśmy kolejne dziwne spotkanie na krańcu świata. W książce wpisów na wyspie Incahuasi odnaleźliśmy wpis nieżyjącego już Kuby Fedorowicza, który kilka lat wcześniej wpadł na szalony pomysł przejścia salaru z supermarketowym wózkiem. Wózka nie znalazł, ale salar przemierzył. Jego wpis możecie znaleźć na Peron4. Solną jazdę psuła nam trochę woda, która zbierała się głównie na granicy utrudniając dostanie się i wydostanie z salaru. Zadziwiająca dla nas była obecność wody na salarze w porze bezdeszczowej, podczas kiedy znajomi rowerzyści w porze deszczowej sunęli po suchej jak pieprz soli.

Po wielu dniach postu Uyuni wydało nam się rogiem obfitości. Tu nareszcie mogliśmy zaznać dobrodziejstwa taniej boliwijskiej żywności. Oczywiście skończyło się przewidywalnie – czyli kłopotami żołądkowymi, które uwięziły Mateusza na 2 dni w łóżku. W tym czasie ja nie odmawiałam sobie koktaili owocowych, galaretek z bitą śmietaną, smażonych kiełbasek i lodów truskawkowych, pomimo tego, że wszystko to przygotowywane jest na ulicy w warunkach, które polski Sanepid przyprawiłby o atak serca. Nocleg przypadł nam przy bazie wojskowej, która całymi dniami ćwiczyła orkiestrę dętą. Po niemal miesiącu spędzonym w Boliwii wyrobiliśmy sobie zdanie na temat boliwijskich żołnierzy. Ma wszelkie znamiona chłopców bawiących się w wojsko. Bazy, znajdujące się niemal w każdym większym mieście mają zazwyczaj kształt dziwacznych, naiwnych fortec z blankami i wieżami strzelniczymi, a teren ozdobiony jest figurkami czołgów i innych groźnych wojennych atrybutów. Natomiast głównym zajęciem żołnierzy wydaje się ciągłe ćwiczenie w dęciu trąb i waleniu w bęben, zazwyczaj dość fałszywie. W Uyuni też byliśmy świadkami zaskakujących publicznych ćwiczeń wojska, na które składały się zabawy w berka i chodzi lisek koło drogi. Prawdziwe przedszkole…

Liczba dni na rowerze – 16 (wyjazd z SP 8, przyjazd do U 24)

Ilość km przejechanych – 646 km (łącznie 8130 km)

Najdłuższy odcinek dzienny –89 km

Ilość dni 100km+ – 0

Ilość dziur w dętkach – 0 (łącznie 5 A, 6 M)

Najwyższy nocleg – 4700 m n.p.m.

Najwyższy przejazd – 4928 m n.p.m.

Liczba dni spędzonych powyżej 4000 m n.p.m. – 11

Liczba dni spędzonych poniżej 3000 m n.p.m. – 0

Liczba noclegów na łóżku – 17

Liczba noclegów pod namiotem – 10

Liczba spotkanych podróżników rowerowych – 16 (3 Wielka Brytania, 2 Czechy, 5 Argentyna, 2 Francja, 3 Niemcy, 1?, z czego jeden Brytyjczyk i dwójka Czechów

00 without with medicine soap cheapest cialis online version blow hair.

to ponowne spotkanie po Patagonii)

Liczba spotkanych rowerów Surly – 2

Najdłuższy okres bez prysznica – 13 dni

Top 5 słuchanych płyt przez Mateusza:

  • Ennio Morricone – Misja (soundtrack)
  • Raz Dwa Trzy – Trudno Nie Wierzyć W Nic
  • OSTR – Jazzurekcja
  • Ali Farka Toure – Talking Timbuktu
  • Blenders – Fankomat

Liczba oglądanych razy Piratów z Karaibów cz.3 – 2

Słówko miesiąca – curva, pl zakręt (odmiana curva peligrosa – pl niebezpieczny zakręt). Poza wieloma ciekawymi sytuacjami, kiedy użycie tego niewinnego po hiszpańsku słówka budziło naszą niezdrową wesołość swoją nominację na słówko miesiąca zawdzięcza raczej polskiemu niecenzuralnemu odpowiednikowi, który cisnął się na usta w trakcie odkrywania kolejnych uroków boliwijskich dróg.

Jeśli uważasz, że warto się tym podzielić, to te guziki pomogą:

Jeden komentarz na temat “Statystyki 7, 8 i 9

  1. Czytając, że ruszyliście na Salar od razu przyszedł mi do głowy Kuba… Miło, że o nim wspomnieliście.

    Powodzenia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *