Statystyki nr 4

El Calafate – San Carlos de Bariloche 1/12/2011 – 31/12/2011

Przed wami ostatnie statystyki w starym roku. Z ciekawości zrobiliśmy też mały rachunek zysków i strat (zboczenie zawodowe Agnieszki), żeby zdać sobie sprawę, że w podróży mniej się traci niż zyskuje.

Grudzień był dla nas miesiącem bardzo intensywnym i obfitującym w wypadki (dosłownie). Kilkukrotnie musieliśmy zmienić plany, mieliśmy kilka nieplanowanych postojów, ale po kolei. Po wizycie pod Fitz Royem mieliśmy w planach umknąć przed patagońskimi wiatrami za Andy do Chile. Akurat z El Chalten prowadzi bardzo popularny wśród rowerzystów szlak w tym kierunku. Na zdrowy rozum trudno zrozumieć jego popularność, jeżeli wie się jak to przejście graniczne wygląda. Polega na przeprawienie się przez jezioro po stronie argentyńskiej, wyczerpujący marsz bardzo wąską i błotnistą ścieżką wśród powalonych drzew przez około 20 km. Konieczne jest wtedy czasami osobne przenoszenie sakw, co dodatkowo utrudnia i wydłuża operację. Następnie pozostaje się przeprawić przez drugie jezioro do najbliższego miasta w Chile. Promy na obu jeziorach kursują tylko w określone dni i w zależności od pogody. Po drodze nie ma możliwości uzupełnienia zapasów jedzenia, więc jeśli się ma pecha to na głodniaka wypatruje się łódki z brzegu przez kilka dni. Ale zasadniczą przeszkodą są horrendalne koszty obu przepraw, zwłaszcza po stronie Chile. Z racji tego, że z przejścia korzystają niemal wyłącznie turyści stawki przeprawy promowej wyśrubowano do absurdu. Dla porównania przeprawa przez dużo większe jezioro jakieś 300 km dalej kosztuje 10-krotnie mniej!

My przez pomyłkę założyliśmy niższy koszt tej całej zabawy, ale na szczęście prawda dotarła do nas zanim przeprawiliśmy się przez argentyńskie jezioro i zaczęliśmy mozolną wędrówkę w błocie. Takie momenty w podróży są naprawdę ciężkie, kiedy ustalony od dawna plan trzeba zmienić, trzeba zawrócić. Postanowiliśmy wrócić na znaną nam jak zły szeląg 40 i nią przebijać się dalej na północ. Pierwszy dzień poszło jak po maśle – śmignęliśmy 140 km w 4,5 h, tyle że był to ostatni odcinek asfaltu i do tego z wiatrem w plecy. Kolejne 7 km robiliśmy 3 h mozolnie pchając rowery pod wiatr, który podcinał nam koła i obsypywał piachem. Znowu wiatr trzymał nas w szachu, a do tego Mateusz dostał gorączki. Kolejny raz doszliśmy do ściany i trzeba było wykombinować co tu robić dalej. Czekać na zmianę wiatru? Jechać nocą? Postanowiliśmy spróbować podłapać transport i szczęśliwie udało nam się zatrzymać autobus, który przebył drogę którą byśmy męczyli ponad tydzień w kilkanaście godzin. Tak udało nam się dotrzeć do kolejnego przejścia granicznego, tym razem drogowego, pomiędzy Los Antiguos i Chile Chico.

Oczywiście ambicja nas trochę bolała, że znów poszliśmy na łatwiznę, ale tym razem upór trwania przy dwóch kółkach mógłby być naprawdę niebezpieczny. Od miejsca, skąd zabrał nas autobus przez około 150 km nie było kompletnie nic. Ani gdzie uzupełnić wodę, ani gdzie ukryć się przed wiatrem, tylko szutrowa droga ciągnąca się w nieskończoność wśród półpustynnego krajobrazu. Dlatego przejazd autobusem (który notabene był kilkukrotnie tańszy niż przeprawa sławnym przejściem, a do tego nie robił najmniejszych problemów z zabraniem rowerów) była dla nas prawdziwym darem opatrzności.

Patagonia chilijska zaskoczyła nas bajkowymi krajobrazami pełnymi zieleni drzew oraz błękitu jezior i rzek. To niesamowite, że tak mało oddalone od siebie obszary przedzielone pasmem górskim mogą się aż tak różnić. W Argentynie płaskie, suche tereny w Chile zielone góry i woda, krajobrazy różne od siebie jak śmierć i życie. Po chilijskiej stronie Patagonii wiedzie równie słynna jak argentyńska ruta 40 droga nr 7 znana powszechnie jako Carretera Austral (czyli Południowa Autostrada). Droga ta jest z oczywistych powodów najczęściej wybierana przez rowerzystów przemierzających Patagonię. Tutaj, pomimo konieczności pokonywania licznych podjazdów oraz często deszczowej pogody, ma się chociaż o połowę większą pewność, że dzienne osiągi będą na uczciwym poziomie (czyli w okolicach 100 km), co skutecznie udaremnia wiatr chłoszczący stronę argentyńską. Krótko mówiąc wybór jest pomiędzy wiatrem, a deszczem i podjazdami. My wypatrywaliśmy tej odmiany jak zbawienia, ponieważ wiatry naprawdę dały nam już mocno w kość. Choć oczywiście myli się ten, kto uważa, że jazda Carreterą Austral to prosta sprawa. Niejeden bagażnik złamał się na tej drodze, a zacinający zimny wiatr też nie należy do przyjemności. Przekonaliśmy się o tym dość szybko, gdy w ciągu jednego dnia temperatura spadła z 30 do -2 stopni, a otaczające szczyty pokryły się szronem.

Taka pogoda wstrzymała nas na kilka dni, przez co Wigilię spędziliśmy jeszcze po stronie Chile, w La Juncie. Nie jest to miejsce, które ktoś celowo wybrałby na tę okazję, ale nam w zupełności wystarczyło to, że był tam dostęp do internetu oraz punkt sanitarny. Internet potrzebny nam był to porozmawiania z rodzinami, a punkt sanitarny… ponieważ w wigilijny poranek doszło do niesubordynacji ze strony Szrota (roweru Agnieszki)co spowodowało kilka dziur w sakwach oraz w ciele właścicielki. La Junta, jak Wrocław, reklamuje się jako miejsce spotkań, ale dla nas (i kilkunastu izraelskich turystów) stało się raczej miejscem przymusowego postoju. W święta kompletnie nic stamtąd nie odjeżdżało, a koczujących na poboczu autostopowiczów z każdym dniem przybywało. Nie było rady, po dwóch dniach odpoczynku przyszło nam ruszać dalej na rowerach, pomimo doznanych niedawno obrażeń. Szczęśliwie z oddalonej o 70 km kolejnej miejscowości udało nam się zabrać autobusem do granicy z Argentyną. Tu już czekały bardziej cywilizowane warunki i asfalt, więc lepsze warunki do rekonwalescencji. Kolejnym celem było Barriloche, gdzie chcieliśmy dotrzeć przed końcem roku. Mieliśmy nadzieję spotkać tam znajomych rowerzystów oraz dokonać licznych napraw, zakupów oraz prania. Nowy Rok zastał nas 60 km od tej miejscowości przy budce strażniczej parku narodowego i był to naprawdę jeden z milszych Sylwestrów.

Pomimo tak wielu przeciwności losu udało nam się przejechać niemal dwukrotnie dłuższy dystans niż w poprzednim miesiącu. W styczniu znowu przyśpieszamy, bo na horyzoncie majaczy już Aconcagua. Chcemy tam dotrzeć na początku lutego, żeby mieć jakiekolwiek szanse na zdobycie tego najwyższego szczytu Ameryki Południowej. Trzymajcie za nas kciuki.

Może macie jakieś pomysły na nowe kategorie do statystyk? Co chcielibyście wiedzieć o naszej podróży? A może jakaś zabawna kategoria? W miarę możliwości postaramy się uwzględnić wasze pomysły w kolejnych statystykach.

Liczba dni na rowerze – 17

Ilość km przejechanych – 1331 km (łącznie 4458 km)

Najdłuższy odcinek dzienny – 145 km

Ilość dni 100km+ – 6

Najdłuższy dzień rowerowy – 11h

Ilość dziur w dętkach – 0 (łącznie 2 A, 1 M)

Liczba noclegów na łóżku – 7

Liczba noclegów pod namiotem- 23

Liczba spotkanych podróżników rowerowych – 52 (4 Holandia, 4 Stany Zjednoczone, 2 Czechy, 3 Francja, 2 Korea, 1 Turcja, 2 Wielka Brytania/Australia, 2 Australia, 1 Ukraina, 1 Hiszpania, 1 Szwajcaria, 3 Kanada, 7 Chile, 1 Szwajcaria, 5 Austria, 2 Niemcy, 1 Argentyna, 3 Szwecja, 7 ?)

Spotkanych rowerów Surly – 6

Liczba zjedzonych czekolad – 16

Najdłuższy okres bez prysznica – 4 dni

Maksymalna prędkość na zjeździe – 79,8 km/h (sic!)

Przejechanie tego samego zasadniczo płaskiego odcinka 90 km:
Pod wiatr: 10h
Z wiatrem: 3,5 h

Słówko miesiąca – hola! (czyt. ola!)pol. cześć! – W Argentynie i Chile ludzie bawią się w dziwaczną grę „poszukiwanie Oli”. Chodzi o to, że mówisz „Ola” do każdego napotkanego człowieka, jeśli nie jest Olą, odpowiada tym samym. A na poważnie – na szlakach, czy na drodze to pozdrowienie wypowiada się co najmniej tysiąc razy na dzień.

RACHUNEK ZYSKÓW I STRAT

Co dostaliśmy:

Misja katolicka w Buenos Aires, O. Seweryn w Puerto Libertad, Luis i Norma w … – oprócz schronienia zawdzięczamy im mnóstwo dobroci, dobrych rad, wspólnych posiłków i toastów ;-)

Selma Expeditions – gościna i wspólne posiłki oraz rodzinna atmosfera

Emilio Saez, właściciel Panaderii la Union w Tolhuin – 3 noclegi w pokoiku przy magazynie, pomoc w odebraniu paczki z częściami do namiotu

Kierowca ciężarówki złapany na rowero-stopa koło Collonia Pellegrini – oprócz przejazdu – 2 pomarańcze

Pracownicy chilijskiego koncernu naftowego ENAP w Cullen – nocleg w najcieplejszym pokoju świata oraz obiad w pracowniczej stołówce. Na nasze zaskoczone i wniebowzięte miny pracownik odpowiedzialny za zakwaterowanie powiedział : „Spokojnie, to wszystko państwowe”

Policjanci z miasta Morro Chico – oprócz przejazdu – 2 ryby i 2 bułki własnoręcznie złowione i upieczone

Argentyńczyk złapany na rowero-stopa koło Rio Grande – oprócz przejazdu -2 batony Super 8, 2 puszki Coca Coli

Para Brytyjczyków spotkana na campingu w Gaiman – pyszne kanapki i ciasta, które zostały z ich teinowej uczty w miasteczku

Rodzina Szwajcarów spotkana na campingu w Gaiman – przewodnik po Boliwii

Pracownicy drogowi w El Cerrito – ok. 1 kg bułek

Sprzedawca w sklepie w El Chalten – 1-pesówka z Aconcaguą

Złapany na stopa reggae sushiman – dwa kubki herbaty de Pampa oraz 2 torty frity

Restauracja przy Cerro Sombrerro (Ziemia Ognista) – 1 Flagiewka chilijska

Napotkani w TdP turyści-Polacy (starsi panowie) – 1 czekolada Wedla, 200g bakalii, 2 batoniki muesli oraz duże dawki jowialnego humoru

Przejezdny Argentyńczyk spotkany na parkingu w środku niczego – 2 pomarańcze, 2 pomidory i 1 awokado

Co straciliśmy (zgubione, ukradzione itp.):

Słuchawki i pokrowiec do Ipod-a  – Dworzec autobusowy w Trelew (zostawione w pośpiechu na siedzeniu, kiedy o 3 w nocy nadjechał nareszcie upragniony autobus, który nas stamtąd zabrał)

200 g  szynki wędzonej w plasterkach – hostel w El Calafate – ukradzione z lodówki w dzień wyjazdu

Czapeczka z daszkiem TNF – odpłynęła w dal uniesiona przez rwącą, górską rzekę Rio Electrico, do której strącił ją podmuch wiatru

500 g salami, 2 ząbki czosnku, 1 cebula i opakowanie suszonych pomidorów – skonfiskowane na przejściu granicznym Chile Chico przez chilijskich pograniczników. W zamian dostaliśmy stos dokumentów z opisem naszego „przestępstwa”, czyli próby przemycenia rzeczonych produktów przez granicę. To pierwsze przejście graniczne gdzie gruntownie prześwietlono nam sakwy w poszukiwaniu świeżych owoców, warzyw tudzież mięsa, sera i innych produktów  pochodzenia zwierzęcego bądź roślinnego.  Jak widać zamachu stanu w Chile można dokonać za pomocą kiełbasy. Kiedy funkcjonariusz chilijski odkrył w naszym bagażu cebulę oczy zabłysły mu jak co najmniej podczas odkrycia świętego Graala.

Jeśli uważasz, że warto się tym podzielić, to te guziki pomogą:

6 komentarzy na temat “Statystyki nr 4

    • Agnieszka z bólem serca pożegnała pomidory, ja salami, bo wiadomo – w Chile takiego nie ma. Pozdrawiamy gdzieś z pampy :)

  1. W tej skradzionej szynce kryły się pewnie podstępne botuliny, które mogły Was zatrzymać w El Calafate znacznie dłuzej i to nie z powodu pękniętej dętki…
    A propos mięsa- to we Wro powstała fajna klubodajnia o wdzięcznej nazwie ” Złe mięso”.

  2. Z Rychem zrobilismy sobie dobre buleczki-kanapeczki na droge ( przejazd autobusem z Bariloche do Puerto Montt przez Osorno) i na granicy jeszcze zostalo, tez wywachali, jak Ruscy za komuny. Pozwoli nam zjesc na granicy, nie wszystko sie zmiescilo. Najlepszy numer, ze jak dojechalismy do granicy to byla zamknieta z powodu strajku, ale jak sie strajk skonczyl to trzepali szczegolowo. Gdzie wozicie ta wage, takie dokladne pomiary macie 200g.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *