Szukając Maroka

W ubiegłym roku w magazynie rowerowym BikeBoard ukazał się tekst i fotografie mojego (Mateusza) autorstwa. Dziś na „Na Krańcach Świata” premiera tego tekstu wraz z kilkoma fotografiami.

Czas ubiega nam (szybko) na zmaganiu się obowiązkami służbowymi oraz całą ilością mniejszych lub większych przyziemnych spraw, które musimy „załatwić” przed spakowaniem sakw. Wróciliśmy z fantastycznego festiwalu Włóczykij w Gryfinie (już dziś żałujemy, ze nie będzie nas w przyszłym roku) pełnego niesamowitych ludzi – także a może nawet przede wszystkim mieszkańców Gryfina Których spotkaliśmy, a którzy oczarowali nas swą goscinnością – wielkie dzięki.

Coraz bardziej nużące wydaje się także przygotowanie ekwipunkowe, które nawet dla mnie – sprzętowego gadżeciaża przestaje być przyjemnością. Primaloft? A Może puch? A może jakiś inny syntetyk? A buty? Wysokie, czy niskie? Czas wyprzedaży zimowych się kończy a my nie mamy jeszcze ciepłych zimowych ubrań niezbędnych w Patagonii czy w Andach – więc trzeba przez to przebrnąć. Szybko.

Zapraszam do tekstu z Maroka, który jest rezultatem kilku podróży do tego kraju – autostopowych, pieszych i rowerowych:

W Maroku byłem już kilkukrotnie. Gdy mając dziewiętnaście lat, autostopem pojechałem tam po raz pierwszy kraj wzbudził we mnie skrajne uczucia. Od zachwytu po dezaprobatę. Potrzebowałem czasu. By znaleźć miejsce dla siebie w tym kraju warto zabrać rower z dobrymi hamulcami. Będziemy ich bowiem używać bardzo często. Głównie po to, by się zatrzymać i przetrzeć oczy pełne zdumienia.

Szukając w Marrakeszu

„Don’t worry about a thing,
‚Cause every little thing gonna be all right…”

Muezzini  w Marrakeszu jeszcze nie skończyli nawoływać do porannej modlitwy, gdy Rasta uruchamiał swój przenośny odtwarzacz. Zawsze ‘three little birds’ Marleya. Reggae koiło jego poranne bolączki, a on sam stawiał wielki czajnik wody na „whisky”. Marokańczycy nazywają tak sproszkowaną chińską zieloną herbatę z dodatkiem świeżych liści mięty i kolosalnych ilości cukru. Swoją drogą od mięty ważniejszą rośliną jest w Maroku chyba tylko marihuana zwana tutaj kifem. Mięta może rosnąć w odległości kilkuset metrów od domu, podczas gdy ogródek pod oknem wypełniony jest gęsto sadzonym zielskiem.

Palenie kifu tłumaczyło w pewien sposób spowolnione i beztroskie ruchy Rasty. Nie śpieszył się nigdzie zalewając herbatę. Nie spieszył się zapalając skręta. Nie śpieszył się   wypełniając swoje służbowe obowiązki. On nigdy się nie śpieszył. Ubrany zawsze w te same, luźne spodnie i koszulkę ‘bokserkę’ z emblematem piłkarskiej reprezentacji Ghany, przesiadywał na tarasie hostelu, w którym pracował. Długie dredy, uśmieszek lokalnego watażki i oczy posiadające taką ilość zamglenia, ze po jego skropleniu Maroko borykało by się z problemem powodzi – to jego znaki rozpoznawcze. Znaki-wabik w trakcie rozmów z dziewczynami z Europy i Stanów, którym Rasta oddawał się ochoczo każdego dnia.

– Oł jess – powiedział Rasta gdy woda zaczęła wrzeć. Zalał herbatę i zacierając ręce oddał się codziennej kontemplacji ulicy z perspektywy starych brudnych schodów prowadzących do hostelu, tuż przy legendarnym Djemma El Fna. Jak głoszą wielonakładowe przewodniki bez niego Marrakesz byłby niczym niewyróżniającym się miastem jakich wiele. Czyżby? W dzień gęste i duszne powietrze panujące na placu można by ciąć nożem w równe bloki i sprzedawać na kramie z pamiątkami. Senną atmosferę urozmaicają jedynie sprzedawcy świeżych soków oraz tubylczy mistrzowie tresujący tubylcze węże, naciągający przyjezdnych łowców przygód zgrywających Indianę Jonesa, na ‘fotkę z bestią’. Czy to ma być to miejsce, które stanowi o wyjątkowości Marrakeszu? Ba, miejsce określane mianem najwspanialszego placu Afryki? Czy przybywający tu podróżnik ma zostać odarty ze złudzeń i nadziei przez liche budy z sokami i amatorskich poskramiaczy starych jak oni sami węży? Gdzie podziało się miejsce pełne magii i pustynnego charakteru pozbawione przebierańców zgrywających Tuaregów?

Jest tutaj. Tkwi niezmienione od wieków. Jego atmosfera rośnie z minuty na minutę, osiągając zenit po zachodzie słońca. Właśnie wtedy turystyczna cepelia  ustępuje miejsca prawdziwemu charakterowi Djemma El Fna. Rozkładają się stoiska gastronomiczne, które prócz tradycyjnego Tajine  (baraniny lub drobiu duszonego z warzywami w charakterystycznym stożkowym naczyniu) serwują lokalne wyszukane specjały w postaci pasztetu z gołębia (nieco mdły w smaku), owczej głowy (policzki stanowią ‘gwóźdź programu’) lub zupy ze ślimaków (wywar pikantny, ślimaki z aksamitną nutą błota i piasku trzeszczącego w zębach) jedzonej wykałaczkami, a w razie ich braku agrafkami. Okrzyki naganiaczy pracujących dla ponumerowanych stoisk z jedzeniem giną w hałasie bębnów, przy których lokalni tancerze wprawiają się w trans. Trzy budy dalej należą do sprzedawcy pirackich kompaktów, który zarzeka się, że jedyni piraci o jakich słyszał to Ci z Somalii, a sprzedawane przez niego płyty  gitarzysty ‘Ali Farka Toure’ to ‘speszjal edyszyn”, a ponadto ’gud prajs, onli for ju maj friend!’. Prócz jedzenia, płyt, ubrań i skórzanych kapci, możemy poszukać egzotyki na specjalnych stoiskach, zawierających między innymi sztuczne (?) zęby i suszone jaszczurki na potencję.

Marrakesz byłby zwykłym miastem bez Djemma El Fna. Djemma El Fna był by zwykłym placem gdyby nie tworzący jego specjalną atmosferę mieszkańcy, tacy jak Rasta, czy jego współpracownik Hassan witający mnie jedynymi słowami w języku polskim jakie znał: ‘dobry wieczóóór’ niezależnie od pory dnia. Gdy wróciłem do Marrakeszu po roku Rasta już nie siedział na brudnych schodach przy hoteliku. Wyjechał pracować do Berlina. Miał na imię Hassan.

Szukając w Sarhro

Nie, nie pytaj dlaczego nie miałem ze sobą pompki. Gdzieś w okolicach Jebel Sarhro w środkowym Maroku mój rower sycząc leżał na poboczu, gdy ja grzebałem w sakwach licząc na to, ze może jednak tam jest. Niestety, to marzenie nie mogło się zmaterializować. Nie zdążyłem założyć sakwy na rower gdy zatrzymał się samochód.

– Masz jakiś problem? – pytanie to miało charakter stanowczy a jednocześnie znoszący sprzeciw.

– Masz pompkę?

– Nie. Ale mam samochód. Wsiadaj! Podrzucę Cię do miasta.

Muhamed miał samochód – to prawda. Miał w nim też dwójkę pasażerów i wielką rozebraną na poszczególne elementy szafę z przeszklonymi drzwiczkami. Moim zdaniem zmieszczenie w nim czegokolwiek było niemożliwe. Dla Muhameda jednak to niemożliwe jest niemożliwe. W Afryce nie funkcjonuje takie pojęcie jak „brak miejsca”. Szczególnie w kontekście transportu ludzi, zwierząt lub towarów. Jeśli się czegoś nie da włożyć do pojazdu to się to położy na nim, albo przywiąże z boku. Niejednokrotnie wielkość przewożonego na dachu ładunku kilkukrotnie przewyższa swą objętością rozmiar pojazdu. I to jest normalne. Nikt nie wybałusza z niedowierzaniem oczu tak jak ja wówczas, gdy Muhamed przywiązywał sznurkiem mój rower do samochodu. Z podobnym niedowierzaniem łypał okiem pracownik zakładu wulkanizacyjnego, gdy go poinformowałem, że założona na dętkę przed kilkoma minutami łatka  już trzyma.

Cała ta sytuacja miała miejsce w okolicach Jebel Sarhro w jednym z moich ulubionych rejonów Maroka. Leżące nieopodal wąwozów Dades i Todra góry, słyną ze swojego skrajnego klimatu. Latem temperatury przekraczają tutaj 40 stopni Celsjusza sprawiając, że każde źródło wody wysycha na wióry, a zamieszkujący je Berberzy zwijają swoje obozowiska udając się w niżej położone tereny. Zimą natomiast, niczym nadzwyczajnym nie są burze śnieżne. Sarhro to miejsce wymarzone zarówno dla rowerowych podróżników jak i wędrowców z plecakiem.

Szukając w Fezie

Gdy dzień się już skończył a noc jeszcze nie zaczęła – właśnie ta chwila jest najlepszym momentem by poznawać jak toczy się życie w marokańskich miastach.  Sercem Fezu jest medyna – stara część miasta będąca plątaniną wąskich uliczek, wypełnionych mieszanką ludzi, towarów, zapachów i dźwięków. To tutaj znajdują się zakłady lokalnych rzemieślników, tanie hoteliki dla podróżników i jeszcze tańsze knajpki dla tubylców. Tutaj też znajduje się jeden z najstarszych uniwersytetów świata meczet Al-Kairaouine, z którym związana jest opowieść o podróżniku imieniem Ibn Battuta.

Ibn urodził się w Tangerze, w północnym Maroku. Zgodnie z prawem Koranu udał się w pielgrzymkę do Mekki, a gdy dotarł do celu postanowił żyć jak nomad podróżując do Chin i Indii. Po powrocie do Maroka opowiadał o swoich przeżyciach w koranicznych szkołach Fezu. Wówczas wszyscy uznali go za opętanego starca, którego fantazji przyjemnie się słucha. Dopiero z czasem okazało się, ze mówił prawdę.

Przy jednej z takich szkól siedzieliśmy z Youssefem, właścicielem stoiska z afrykańską muzyką, a zależnie od potrzeb nieoficjalnym przewodnikiem, który czasem zaczepia zagubionych podróżników proponując swoje usługi. Jestem głęboko przekonany, iż niewiele jest zawodów, których nie mógłby wykonywać. O wszystkim stanowiła potrzeba chwili. W Polsce ceniony byłby jako popularny specjalista od wszystkiego „złota rączka”.

Rozmowa, którą prowadziliśmy pozbawiona była jakiegokolwiek szkieletu utrzymującego ją w określonym kształcie, ot wieczorna pogawędka pod marokańską medresą.

– Powiedz mi Ali skąd ty właściwie jesteś? – Youssef z mizernym skutkiem próbował zapanować nad swoją ciekawością

– Dlaczego „Ali”?  – Zapytałem nieco zaskoczony

– Bo masz brodę, Ali, jak Ali Baba- powiedział obnażając braki swojego uzębienia w szczerym uśmiechu.

– Jesteś muzułmaninem Ali?

– Nie?!

– No to po co nosisz brodę?

Youssef nie dopuszczał do siebie myśli, iż noszenie brody może być poparte tylko względami estetycznymi. Świat widziany jego oczami zdawał się być dużo bardziej uporządkowany i prosty niż mój. Nie golił brody bo Imam w oparciu o Koran mówi żeby tego nie robić. Logicznym było dla niego to, że ja także nie robię tego ze względu na nauki Imama.  Nie zacząłem jeszcze składać zdania w wymijającą odpowiedź, gdy mój rozmówca zapytał nieoczekiwanie:

– Masz już prawdziwy marokański dywan, Ali?  Mój brat ma sklep nieopodal, jak chcesz to zrobimy ci dobrą cenę,

– Nie – odpowiedziałem zaskoczony pytaniem sprawiającym wrażenie urwanego z choinki – Nie zabiorę go na mój rower – skinąłem na leżący obok nas pojazd,

– No to może chociaż mały kilim?

            Ta dziwna wymiana zdań obrazowała powierzchowność rozmów prowadzonych przez tubylców z przyjezdnymi. Lepszym sposobem by bliżej poznać Marokańczyków i sposób w jaki żyją, jest podróż rowerem połączona z częstymi postojami w miejscach poza utartymi szlakami. Od tych fascynujących momentów dzielą nas tylko sekundy upływające między zaciśnięciem klamek hamulców, a zatrzymaniem pojazdu. Zdecydowanie warto to zrobić.

I tutaj niespodzianka, napisałem 2 alternatywne wersje zakończenia z których Redakcja wybrała to drugie. A Ty? Które byś wybrał/a?

Szukając zakończenia 1

Jeśli masz szczęście w Maroku możesz znaleźć kawałek siebie. Prawdziwego siebie. Tak nieodległe miejsca różni od Europy bardzo wiele. Mentalność ludzka może, ale nie musi przypaść Ci do gustu. Musisz jednak pamiętać, że w miejscach pozbawionych turystycznej cepeliady możesz dostrzec zgoła odmienny sposób patrzenia na świat, niż ten, który znasz z Europy i tzw. „zachodniego świata” Daleko jest mi do tworzenia podziałów, a już na pewno w zamierzeniach tego tekstu. Jednak w Maroku na ulicy dzieciaki nie licytują się kto ma nowszego ipoda, a ludzie po dwudziestce stawiają na rodzinę a nie na korporacyjne wyścigi szczurów. Czas wyznaczany jest przez śpiewy muezzina i pełne uśmiechu spotkania z ludźmi. Przy odrobinie szczęścia możesz się dowiedzieć o sobie rzeczy o jakie byś się nie podejrzewał. Dowiedzieć o tym co jest ważne, a co jesteś w stanie dla naprawdę ważnych rzeczy poświęcić. Niekoniecznie musisz zabierać rower, pakować sakwy, i ruszać do Maroka, by wyrwać się ze schematu. Gdybyś jednak planował to zrobić, to pamiętaj, że jest to wspaniały sposób. Do zobaczenia – w drodze.

Szukając zakończenia 2

Maroko będzie dobrym wyborem dla rowerowego podróżnika, który ma już za sobą takie europejskie klasyki jak Nordkapp, czy dookoła Alp. Nawet jeśli nazwy wspomnianych klasyków są dla Ciebie abstrakcją, a chciałbyś zasmakować odrobiny Afryki za niewielkie pieniądze, zapewne się nie zawiedziesz. Mentalność tubylców może nie przypaść ci do gustu. Czasem ktoś wyciągnie do Ciebie rękę po pieniądze, ktoś inny zrobi to w taki sposób, że dasz mu te pieniądze z uśmiechem na twarzy w przekonaniu, że to interes twojego życia. Dzieciaki obrzucą Cię kamieniami, a psy rzucą się do twoich kostek. Niemniej jeśli szukasz przygód i sposobu patrzenia na świat zgoła odmiennego niż ten znany z Europy weź rower, spakuj sakwy (nie zapomnij o pompce!) i jedź. Od afrykańskiej przygody dzieli Cię 18 km cieśniny gibraltarskiej.

 

Jeśli uważasz, że warto się tym podzielić, to te guziki pomogą:
Ten wpis wrzuciliśmy do szuflady: Maroko. Bezpośredni link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *