Wakacje w podróży – statystyki 14 i 15

Zrobić sobie wakacje w podróży to dobra rzecz. Długotrwałe podróżowanie potrafi naprawdę zmęczyć. Kiedy chodzi się od roku w dwóch parach spodni na zmianę, z kosmetyków używa się wyłącznie mydła, kremu z filtrem oraz pasty, a jednym z marzeń jest własny prysznic zaczyna tęsknić się za uporządkowanym życiem, kiedy codziennie chodzi się do tej samej piekarni po bułki i śpi na tym samym łóżku. Roweru też się ma czasami serdecznie dość, zwłaszcza kiedy trzeba posadzić na siodełku mocno już obolałe pośladki. Nam takie wakacje w podróży wypadły jakby przypadkiem. Od kiedy za nasz następny cel obraliśmy Australię postanowiliśmy dotrzeć tam z międzylądowaniem w domu. Trzymiesięcznym. W sam raz żeby się przygotować do następnego etapu, ale także znaleźć czas na nadrobienie zaległości we wpisach na stronę. Rozpoczynamy zatem serię wpisów zaległych. Na początek najbardziej zaległe statystyki. W kolejnych odsłonach będą zdjęcia z Kolumbii i statystyczne podsumowanie etapu amerykańskiego naszej podróży. Jednym słowem będzie się działo!

STATYSTYKI NR 14

Chuquibamba – Trujillo 1/10/2012 – 31/10/2012
Peruwiańczycy to prawdopodobnie najgorsi kierowcy na świecie. Jak to ujęli spotkani w drodze rowerzyści: „Tu nie ma pobocza, ale ich to nie interesuje. Oni chcą Cię zabić!” I my też tak czuliśmy, kiedy pęd powietrza przejeżdżającego na centymetry pojazdu, zrzucał nas z jezdni. Kierowcy tutaj porozumiewają się niemal wyłącznie za pomocą klaksonu. W innych krajach często mijające samochody pozdrawiały nas pojedynczym sygnałem, ale tutaj ma to zupełnie inny wymiar. Kakofonia dźwięków zaczyna się daleko za plecami, a kończy tuż przy uchu. Jest to niesamowicie męczące przy dużym ruchu.
W mieście jest jeszcze gorzej. Samochody ciągle skaczą z pasa na pas, blokują się wzajemnie (ktoś rozmawia z kierowcą, ktoś wsiada/wysiada na środku jezdni), trąbią jak opętani i oczywiście pędzą na złamanie karku. Prawy skraj jezdni, zazwyczaj używany przez rowerzystów, to istny tor przeszkód. Głównie za sprawą autobusów i taksówek, które ten pas traktują jak miejsce swobodnego zatrzymywania się. Wymijając stojących trzeba nie tylko uważać na śmigające na lewym pasie auta, ale także strzec się wjechania w nagle otwarte z prawej strony drzwi. W czasie, kiedy akurat nie trzeba nikogo omijać, też nie można się nudzić. Ciągłe klaksony i okrzyki, a czasem trafia Cię skórka pomarańczy (lub coś gorszego) wyrzucona z okien przejeżdżającego obok autobusu. I tak jedzie się z duszą na ramieniu, a znaki przy drodze nawołują przechodniów by strzegli swego życia. Czy ktoś tu myśli o rowerzystach?
Mieliśmy możliwość zaobserwowania jak rowerzyści jeżdżą po Limie. Bez gwizdka tu się nie wsiada na siodełko. Pomimo tego, że wszystkie „lepsze” dzielnice zaopatrzone są w ścieżki rowerowe nie można oczekiwać respektowania praw cyklisty poza nimi.
Dużą część października spędziliśmy w stolicy Peru, za sprawą uruchomionej lawiny paczek, które miały tu do nas napływać. Po straceniu wielu nerwów, skłóceniu się z konsulem w polskiej ambasadzie, wydaniu większej niż oczekiwanej sumy pieniędzy i wielu innych perypetiach zostaliśmy ekspertami w sztuce niełatwej i niemałej, jaką jest odbieranie paczek w Peru. W całym procesie oczekiwania, jeżdżenia po urzędach celnych, załatwianiu papierów i innych formalnościach wspierała nas coraz liczniejsza grupa znajomych rodaków i polonofilów. W ciągu kilku tygodni rozpracowaliśmy niemal całe polskie podziemie Limy. A składają się na nie postaci nieszablonowe. Jest to, między innymi pan Mireczek, językoznawca i pasjonat kultury indiańskiej, który przyjechał na miesięczną wyprawę do Peru… 6 lat temu. Jest też Cecylia, Peruwianka, która za ubiegłego ustroju studiowała w Krakowie i do tej pory posługuje się płynną polszczyzną. Cecylia jest istną kopalnią anegdotek z okresu pobytu w Polsce i z lat późniejszych – o licznych Polakach, którzy przewinęli się przez jej gościnny dom. I na koniec prawdziwy anioł, nie dziewczyna, czyli Dominika. To jej i jej chłopakowi Rayowi zawdzięczamy najwięcej. Domi jest książkowym przykładem młodego polskiego pokolenia zakochanego w Ameryce Południowej z wzajemnością. Dokonywała cudów żeby pomieścić nas z całym majdanem w swoim mikroskopijnym pokoiku, za co będziemy jej dozgonnie wdzięczni.
Wyjechaliśmy z Limy do Trujillo z zamiarem odwiedzenia tam sławnej casa de cyclista działającej nieprzerwanie od wielu lat. Czekała nas tu tragiczna wiadomość. Cyklistka z Belgii, którą poznaliśmy w La Paz, a później przelotnie widzieliśmy w Cusco, zginęła miesiąc wcześniej 50 km od Trujillo. Wraz z mężem wybrali się tandemem w podróż poślubną. Tego dnia mijaliśmy miejsce tragedii nie zdając sobie sprawy, z tego, co się tam wydarzyło. Nazajutrz był Dzień Wszystkich Świętych, a nasze myśli zdominowały rozmyślenia jak mały wpływ mamy na to, co nas spotyka w drodze. Już wcześniej postanowiliśmy resztę wybrzeża Peru przejechać autobusem ze względu na kończącą się wizę. Teraz ta decyzja nabrała dla nas nowego sensu. Chcieliśmy jak najszybciej opuścić Peru.
Liczba dni na rowerze – 9
Ilość km przejechanych – 596 km (łącznie 10675 km)
Najdłuższy odcinek dzienny –114 km
Ilość dni 100km+ – 3
Ilość dziur w dętkach – 1A (łącznie 8 A, 8 M)
Ilość wyrwanych zębów – 1M
Liczba noclegów na łóżku –23
Liczba noclegów pod namiotem – 5
Liczba spotkanych podróżników rowerowych – 1 Belgia– spotkany ponownie po Ushuaia
Najdłuższy okres bez prysznica – 3 dni
Słówko miesiąca – bocianos Często na dworcach autobusowych (i w każdym innym miejscu gdzie jesteśmy wystarczająco długo) odbywamy groteskowe rozmowy z przypadkowymi ludźmi zaciekawionymi nietypowymi przybyszami. Tym razem po wyczerpaniu pełnego formularza standardowych pytań rozmówca zadał nam jedno zaskakujące:
– Czy u was w Polsce są pingwiny (hiszp. pinguinos)?
– Nie, odparł mu Mateusz, ale są bocianos.
.
STATYSTYKI NR 15

Trujillo – San Juan 1/11/2012 – 30/11/2012
Ekwador przyniósł nam długo oczekiwaną odmianę. Niemal tuż po przekroczeniu granicy zrobiło się dziwnie cicho. NIKT NIE TRĄBI! Zrobiło się też zielono, bananowo i ogólnie sielsko. Surleje sunęły po gładkiej nawierzchni i jedyne co nam trochę psuło humory to deszcz. Długo uciekaliśmy przed porą deszczową, ale w Ekwadorze nareszcie nas dopadła. Nie pozostało to bez wpływu na statystyki. Najwidoczniej zredukowała liczbę nocy spędzonych pod namiotem. O ile nas namiot chronił przed zamoknięciem, to nasze rowery, które i tak mokły w dzień musiałyby moknąć i w nocy. Prowincjonalne hostele kosztowały tyle, że mogliśmy sobie na nie pozwolić, obiecując sobie zawsze, że kolejną noc spędzimy już na pewno w namiocie. Dzięki deszczowi poznaliśmy zatem instytucję love hoteli/moteli, które były najtańsze. Zazwyczaj usytuowane na obrzeżach miast, tuż przy drodze, kuszą wymyślnymi nazwami typu Eden, czy Siódme Niebo, tymczasem rzeczywistość okazuje się dużo bardziej prozaiczna, a czasami nawet obskurna. No cóż miłość jest ponoć ślepa…
W Ekwadorze stanęliśmy najwyżej w swoim życiu i jednocześnie najdalej od środka ziemi. Wspinaczka na ekwadorski najwyższy szczyt nie wymagała takich umiejętności technicznych jak góry w Boliwii, największą przeszkodą do jego zdobycia był … przewodnik. Przepisy w Ekwadorze zabraniają wspinania się bez licencjonowanego przewodnika, co oficjalnie ma zapewnić większe bezpieczeństwo, a realnie służy wyciąganiu kolejnych dolarów z kieszeni turystów. A przewodnicy to nie zawsze pasjonaci gór i swojej profesji. Nasz na przykład, na co dzień był piekarzem i najbardziej zależało mu na jak najszybszym powrocie do domu. Trudno mu się dziwić, jeśli na szczycie Chimborazo był już ponad 200 razy… W pewnym momencie obawialiśmy, że będziemy musieli ściągać go w połowie drogi. Ale ostatecznie jakoś doturlaliśmy się razem na szczyt i mogliśmy podziwiać chmury ścielące się u naszych stóp.
Po osiągnięciu najwyższego punktu Ekwadoru zjechaliśmy na wybrzeże. Droga, choć pozbawiona dużych wzniesień okazała się dużo mniej przyjemna niż podążająca wzdłuż Andów Panamericana, ale u jej celu czekał już ocean.
Liczba dni na rowerze – 11
Ilość km przejechanych – 752 km (łącznie 11427 km)
Najdłuższy odcinek dzienny – 126 km
Ilość dni 100km+ – 1
Ilość dni przejechanych w deszczu – 7 (do tej pory od początku podróży 12)
Ilość dziur w dętkach – 0 (łącznie 8 A, 8 M)
Liczba noclegów na łóżku –25
Liczba noclegów pod namiotem – 1
Litry wypitej coli – 34,7
Ilość zjedzonych bananów – 116
Najwyżej byliśmy na – 6300 m n.p.m. NOWY REKORD
Dni powyżej 4 tyś – 3
Dni powyżej 3 tyś – 3
Liczba spotkanych podróżników rowerowych – 1 Belgia– spotkany ponownie po Ushuaia i Peru
Najdłuższy okres bez prysznica – 3 dni
Słówko miesiąca – mister, pl pan. Zastąpiło w Ekwadorze znienawidzonego gringo, ale i z nim było trochę kłopotu. Po pierwsze misterowali równo nam obojgu, a ja zawsze się zżymałam – żaden ze mnie mister, mister to znaczy señor, a ja jestem señora! Mateusz także próbował oponować. Z żałosnym skutkiem. Wdał się w dyskusję na tematy językowe tłumacząc, że on jest z Polski, a tam to się mówi „pan”, a nie mister. Rozmówca popatrzył na niego z rozbawieniem i odrzekł: „Dobrze, pancito” (pan po hiszpańsku znaczy chleb, bułka; pancito zatem to bułeczka)
Jeśli uważasz, że warto się tym podzielić, to te guziki pomogą:

3 komentarzy na temat “Wakacje w podróży – statystyki 14 i 15

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *