Wśród dźwięków Djemma El Fna w Marrakeszu

W ubiegłym tygodniu wróciłem z wyjazdu do Maroka, którego byłem pilotem. Była to już moja czwarta wizyta w tym kraju. O ile każda z nich była inna, o tyle plac Djemma El Fna w Marrakeszu nadal pozostaje niezmiennie fascynujący. Jeśli chcecie poczuć jego atmosferę po prostu wciskajcie:

Jeśli chcecie poczuć jego atmosferę po prostu wciskajcie:

 

Said

Tak kiedyś pisałem o Djemma El Fna w magazynie BikeBoard:

„Don’t worry about a thing,
‚Cause every little thing gonna be all right…”

Muezzini  w Marrakeszu jeszcze nie skończyli nawoływać do porannej modlitwy, gdy Rasta uruchamiał swój przenośny odtwarzacz. Zawsze ‘three little birds’ Marleya. Reggae koiło jego poranne bolączki, a on sam stawiał wielki czajnik wody na „whisky”. Marokańczycy nazywają tak sproszkowaną chińską zieloną herbatę z dodatkiem świeżych liści mięty i kolosalnych ilości cukru. Swoją drogą od mięty ważniejszą rośliną jest w Maroku chyba tylko marihuana zwana tutaj kifem. Mięta może rosnąć w odległości kilkuset metrów od domu, podczas gdy ogródek pod oknem wypełniony jest gęsto sadzonym zielskiem.

Palenie kifu tłumaczyło w pewien sposób spowolnione i beztroskie ruchy Rasty. Nie śpieszył się nigdzie zalewając herbatę. Nie spieszył się zapalając skręta. Nie śpieszył się   wypełniając swoje służbowe obowiązki. On nigdy się nie śpieszył. Ubrany zawsze w te same, luźne spodnie i koszulkę ‘bokserkę’ z emblematem piłkarskiej reprezentacji Ghany, przesiadywał na tarasie hostelu, w którym pracował. Długie dredy, uśmieszek lokalnego watażki i oczy posiadające taką ilość zamglenia, ze po jego skropleniu Maroko borykało by się z problemem powodzi – to jego znaki rozpoznawcze. Znaki-wabik w trakcie rozmów z dziewczynami z Europy i Stanów, którym Rasta oddawał się ochoczo każdego dnia.

– Oł jess – powiedział Rasta gdy woda zaczęła wrzeć. Zalał herbatę i zacierając ręce oddał się codziennej kontemplacji ulicy z perspektywy starych brudnych schodów prowadzących do hostelu, tuż przy legendarnym Djemma El Fna. Jak głoszą wielonakładowe przewodniki bez niego Marrakesz byłby niczym niewyróżniającym się miastem jakich wiele. Czyżby? W dzień gęste i duszne powietrze panujące na placu można by ciąć nożem w równe bloki i sprzedawać na kramie z pamiątkami. Senną atmosferę urozmaicają jedynie sprzedawcy świeżych soków oraz tubylczy mistrzowie tresujący tubylcze węże, naciągający przyjezdnych łowców przygód zgrywających Indianę Jonesa, na ‘fotkę z bestią’. Czy to ma być to miejsce, które stanowi o wyjątkowości Marrakeszu? Ba, miejsce określane mianem najwspanialszego placu Afryki? Czy przybywający tu podróżnik ma zostać odarty ze złudzeń i nadziei przez liche budy z sokami i amatorskich poskramiaczy starych jak oni sami węży? Gdzie podziało się miejsce pełne magii i pustynnego charakteru pozbawione przebierańców zgrywających Tuaregów?

Jest tutaj. Tkwi niezmienione od wieków. Jego atmosfera rośnie z minuty na minutę, osiągając zenit po zachodzie słońca. Właśnie wtedy turystyczna cepelia  ustępuje miejsca prawdziwemu charakterowi Djemma El Fna. Rozkładają się stoiska gastronomiczne, które prócz tradycyjnego Tajine  (baraniny lub drobiu duszonego z warzywami w charakterystycznym stożkowym naczyniu) serwują lokalne wyszukane specjały w postaci pasztetu z gołębia (nieco mdły w smaku), owczej głowy (policzki stanowią ‘gwóźdź programu’) lub zupy ze ślimaków (wywar pikantny, ślimaki z aksamitną nutą błota i piasku trzeszczącego w zębach) jedzonej wykałaczkami, a w razie ich braku agrafkami. Okrzyki naganiaczy pracujących dla ponumerowanych stoisk z jedzeniem giną w hałasie bębnów, przy których lokalni tancerze wprawiają się w trans. Trzy budy dalej należą do sprzedawcy pirackich kompaktów, który zarzeka się, że jedyni piraci o jakich słyszał to Ci z Somalii, a sprzedawane przez niego płyty  gitarzysty ‘Ali Farka Toure’ to ‘speszjal edyszyn”, a ponadto ’gud prajs, onli for ju maj friend!’. Prócz jedzenia, płyt, ubrań i skórzanych kapci, możemy poszukać egzotyki na specjalnych stoiskach, zawierających między innymi sztuczne (?) zęby i suszone jaszczurki na potencję.

Marrakesz byłby zwykłym miastem bez Djemma El Fna. Djemma El Fna był by zwykłym placem gdyby nie tworzący jego specjalną atmosferę mieszkańcy, tacy jak Rasta, czy jego współpracownik Mustafa witający mnie jedynymi słowami w języku polskim jakie znał: ‘dobry wieczóóór’ niezależnie od pory dnia. Gdy wróciłem do Marrakeszu po roku Rasta już nie siedział na brudnych schodach przy hoteliku. Wyjechał pracować do Berlina. Miał na imię Hassan.

Byliście kiedyś w Maroku? Jak wam się podobało? Bo ja za każdym razem przywożę skrajne wrażenia :)

Jeśli uważasz, że warto się tym podzielić, to te guziki pomogą:

Jeden komentarz na temat “Wśród dźwięków Djemma El Fna w Marrakeszu

  1. W Marakeszu byłam raz, ale plac urzekł mnie od pierwszego wejrzenia. W tych wężach, którymi naciągają turystów też jest jakaś magia, a przynajmniej metoda. I zapach. Intensywny zapach na placu i na straganach. Trudny do opisania, może dla Europejczyka średnio przyjemny, ale taki pociągający. Coś w tym jest.

    PS świetnie prowadzicie tę stronę, z przyjemnością będę podczytywać, co nowego zobaczyliście. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *